Minęło ledwie kilka tygodni od czasu, kiedy po raz pierwszy usłyszeliśmy supergrupę SuperHeavy z muzykami wywodzącymi się z różnych dźwiękowych stron. Rockowe za sprawą Micka Jaggera, reagge’owe z powodu Damiena Marleya i soulowo-jazzujące z winy Joss Stone SuperHeavy niestety nie zdało egzaminu. Teraz przyszedł czas na kolejny miks gatunków na szczycie. Wynton Marsalis i Eric Clapton połączyli siły i przenieśli się w czasy nowoorleańskiego radosnego akustycznego grania. I to w jakim stylu!

Ich wspólna płyta, koncert zarejestrowany w kwietniu w nowojorskim Lincoln Center, to hołd dla klasycznych, znanych od kilkudziesięciu lat jazzbandowych kompozycji. W tym utworów wykonywanych m.in. przez Louisa Armstronga i Bessie Smith. Bluesowy podtytuł płyty może mylić, bo album Marsalisa i Claptona to raczej jazzowo-swingująca podróż.

To z pozoru obca dla lidera Cream podróż. Clapton grał przecież bluesa z naleciałościami jazzującymi już w latach 60. z The Yardbirds. Co prawda po latach, podczas kariery solowej, częściej kolaborował z popem, ale do tych gatunków powracał, chociażby na płytach "Journeyman" i "From the Cradle". Eric jednak nigdy nie grał tak pełnego jazzu jak z Marsalisem. Nawet wersja jednego z największych przebojów Claptona "Layla" brzmi jak standard grywany w nowoorleańskich knajpach w latach 30. Muzycy zagrali go tu w ponaddziewięciominutowej wersji! Podobno Eric nie chciał grać tego numeru na koncercie, ale na szczęście został do niego przekonany.

Muzyk doskonale przestawił gitarę i wokal na jazzujące nuty z bluesowym zacięciem. Dobrze dostosował się do nich Marsalis. Jego trąbka rytmicznie przeszywa uszy jak za jego najlepszych płyt z lat 80. w stylu „The Majesty of the Blues” albo "J Mood". Wynton daje popis bigbandowego grania, które przecież już od lat uskutecznia w projekcie The Lincoln Center Orchestra.


Obaj muzycy z powodzeniem odeszli od popu, w stronę którego zdarzało im się skręcać w ostatnich latach. Ich współpracę tak komentuje Marsalis: "Istnieje wiele różnych stylów muzycznych, ale te, które wywodzą się z korzeni, łączą wszystkich. Poczułem to, kiedy pierwszy raz usiedliśmy z Erickiem, żeby porozmawiać o muzyce". Co ważne, ich trąbka, gitara i wokale nie przyćmiły bębnów, puzonów, klarnetu, klawiszy, kontrabasu i innych instrumentów doskonałej orkiestry, która im towarzyszy. To wyważenie dobrze robi płycie. Tak jak gościnny udział w numerach "Just a Closer Walk With" i "Corrine, Corrina" nowojorskiej legendy bluesa Taj Mahala. Trzeba też wymienić pozostałych doskonałych muzyków z tego koncertu. To: Dan Nimmer (fortepian), Carlos Henriquez (gitara basowa), Ali Jackson (perkusja), Marcus Printub (trąbka), Victor Goinez (klarnet), Chris Crenshaw (puzon), Don Vappie (banjo) oraz Chris Stainton (klawisze).

Ci, którzy chcieli zobaczyć panów na żywo, a nie stać ich było na bilety, których cena sięgała kilku tysięcy dolarów, mogą nabyć też zapis koncertu na DVD.

Na koniec występu jeden z muzyków krzyczy "What a show!". Te słowa same nasuwają się po przesłuchaniu płyty.

WYNTON MARSALIS/ERIC CLAPTON | Play Blues – Live from Jazz at Lincoln Center | Reprise/Warner