Współcześni słuchacze nie domyślają się nawet, jak bogata i różnorodna była średniowieczna muzyka liturgiczna. Chorał gregoriański w kształcie, jaki znamy dziś,
skodyfikowano dopiero w XIX wieku. Natomiast we wczesnym średniowieczu śpiewy liturgiczne funkcjonowały w wielu odmianach naznaczonych lokalnymi tradycjami muzycznymi. Niedokładny zapis -
odzwierciedlający tylko ogólny kształt melodii - pozostawiał mnóstwo miejsca na interpretację. W praktyce ta sama melodia w Hiszpanii, Francji czy Mediolanie brzmiała zupełnie inaczej - dziś
pomyślelibyśmy, że to trzy różne utwory. Chorał starorzymski był najstarszą z tych tradycji; jego korzenie sięgają czasów Cesarstwa Zachodniego. Około IV wieku doszło tam do wymieszania
bliskowschodnich wpływów Świątyni Jerozolimskiej z tradycją greko-łacińską. Powstał repertuar pokrewny późniejszemu chorałowi gregoriańskiemu, jednak odznaczający się o wiele bogatszą
ornamentyką i orientalnym posmakiem. W gruncie rzeczy śpiewy gregoriańskie rozwinęły się właśnie ze starorzymskich, które w VIII wieku zaadaptowało i zmodyfikowało państwo Karolingów.
Cztery msze zawarte na nowej płycie Ensemble Organum odzwierciedlają więc przełomowy moment w historii muzyki - antyk spotyka się tu ze średniowieczem, a Wschód z Zachodem.
Ów rzekomo orientalny pierwiastek w Mszy Notre Dame to rozbudowana, czasem mikrotonowa ornamentyka. Warto jednak pamiętać, że sztuka na poły improwizowanego ozdabiania linii melodycznych
funkcjonowała na Zachodzie do końca XVIII stulecia. Dopiero gdy zatraciliśmy tę umiejętność, wykształciło się charakterystyczne "czyste" brzmienie europejskie. A jeszcze w
czasach Bacha sztuka ornamentacji stanowiła podstawowy element wykształcenia muzycznego. Zapis zawierał tylko część utworu, resztę dopowiedzieć musiał wykonawca, który nie był wówczas
więźniem kompozytora. Dopiero ów wkład - oparty na rzetelnej wiedzy, wyobraźni oraz talencie - dowodził prawdziwego zrozumienia dzieła. Współczesnym jazzmanom nie trzeba tego tłumaczyć,
jednak dla muzyków klasycznych - to czarna magia. Oczywiście dawną sztukę ornamentacji bardzo trudno dziś opanować; nie wystarczy do tego sucha, teoretyczna wiedza z historycznych traktatów.
Ja w tym celu badałem przez całe dziesięciolecia żywe relikty dawnej polifonii, kultywowane wciąż na Korsyce czy w Gruzji.
Przez całe tysiąclecia muzyka była czymś więcej niż czystym rzemiosłem. Stanowiła właśnie rodzaj kontemplacji; wyrażała stosunek wykonawcy do Boga, świata, innych ludzi. To podstawowa
lekcja, jaką wyciągnąłem z czynnego uprawiania średniowiecznych śpiewów liturgicznych, które nierozerwalnie związane były z mistyczną głębią obrzędów oraz symboliką tekstów.
Współczesnemu człowiekowi bardzo trudno przeniknąć ich pierwotne psychologiczne oraz metafizyczne znaczenie. Dlatego tak ogromną rolę przy ich interpretowaniu odgrywają eksperyment i
wyobraźnia.
To jedno z nieporozumień dotyczących Soboru Watykańskiego II, które zawsze staram się prostować. Owszem, w imię tolerancji i współuczestnictwa dopuszczono wówczas do liturgii języki
narodowe oraz nietradycyjną muzykę. Z drugiej strony był to pierwszy sobór, który uznał łacinę oraz chorał gregoriański za oficjalny język Kościoła. Dzięki temu rozpoczął się
trwający do dziś rozkwit wykonawstwa oraz badań nad średniowiecznym repertuarem chorałowym i polifonicznym. Benedykt XVI podkreśla zresztą, że Watykan nie zabronił nigdy stosowania łaciny
oraz dawnych śpiewów. Wręcz przeciwnie! Dotarcie do wspólnych duchowych i kulturowych korzeni Kościoła Wschodniego oraz Zachodniego, a także pozostałych religii monoteistycznych stanowić
może kamień milowy ruchu ekumenicznego.
Nie byłbym aż tak optymistyczny - wydaje mi się, że jesteśmy dopiero na początku drogi. Cieszy mnie oczywiście masowy sukces kompozytorów, którzy jak Arvo Pärt odwołują się do
średniowiecznej wrażliwości oraz estetyki, choć z drugiej strony powielają oni nieco zafałszowany obraz sprzed kilkudziesięciu lat. W gruncie rzeczy bardzo niewielu muzyków oraz ludzi
Kościoła zdaje sobie sprawę z odkryć poczynionych m.in. przeze mnie na przestrzeni ostatnich trzech dekad. Bardzo cieszy mnie współpraca, którą podjąłem ostatnio z młodymi kompozytorami
hiszpańskimi, których fascynuje dawna kultura oralna, sztuka ornamentacji oraz wspólne korzenie różnych tradycji śródziemnomorskich. Niedawno wystąpiłem na "Warszawskiej
Jesieni", wykonując partię muezzina w kompozycji "Maqbara" Jose Marii Sanheza-Verdu. O wiele gorzej wygląda sprawa z samą liturgią. Wielu księży po prostu boi się,
że rozbudowana oprawa muzyczna zaszkodzić może obrzędom - nie pamiętają, że przez tysiąclecia stanowiła ona ich kluczowy element.