Znamy się już od ćwierćwiecza, więc mamy opracowane stałe metody pracy, choć oczywiście różnią się one trochę na kolejnych albumach. Tym razem dołączyłem do U2 na bardzo wczesnym etapie pracy nad „No Line On The Horizon”. Jedynym założeniem, jakie robiliśmy z Bono, było to, żeby nie robić żadnych założeń (śmiech).
Kiedy zaczynaliśmy próby w studiu, postawiłem przed Larrym elektroniczną perkusję. To było dla niego coś zupełnie nowego i myślę, że ta nowa paleta barw trochę rozruszała zespół. Dała
mu inny punkt odniesienia.
To był pomysł Bono. Bardziej niż o jakieś konkretne studio chodziło o samo miejsce. Dla Bono to wyjątkowo uduchowione miasto, gdzie spotyka się wiele odmiennych kultur. Nie chodziło jednak o
włączanie egzotycznego instrumentarium do repertuaru U2 – tylko jedna piosenka „Fez – Being Born” jest wyraźnie inspirowana tutejszą muzyką. Nad
całością albumu unosi się duch tego miejsca – jego wielowątkowość, bogactwo kulturowe. Poza tym chodziło też o bardziej prozaiczny powód. Czasami jakakolwiek zmiana otoczenia
automatycznie wyzwala w zespole nową energię.
p
To człowiek, który potrafi wyłowić wszystko co najlepsze w zespole. To musi być świetny słuchacz i obserwator zdolny zauważyć iskrę, magię, dziejącą się w studiu. Później tylko musi
tę iskrę zamienić w ogień.
Nie mam pojęcia. Zbyt wiele czynników ma na to wpływ. Na pewno bycie muzykiem pomaga w porozumiewaniu się z artystą. Ja jako gitarzysta i multiinstrumentalista potrafię mówić do muzyków ich
językiem i wydaje mi się, że to ma kluczowe znaczenie, choć znam też świetnych producentów, którzy nie są muzykami, więc nie ma reguły.
To z reguły oni podchodzą do mnie (śmiech). Nie ma reguły w kwestii współpracy z muzykami, bo każdy tworzy inaczej. Bob Dylan miał wszystkie piosenki napisane, więc musiałem tylko zadbać o
to, żeby znaleźć właściwe sposób na przekazanie jego emocji. Z kolei w przypadku U2 byłem niemal kolejnym członkiem zespołu. Ważne, żeby wsłuchać się w to, co artysta ma do powiedzenia
– zrozumieć, na jakim etapie życie i kariery się znajduje.
Aż tak radykalnie bym tego nie nazwał, ale prawdą jest, że umiejętność efektywnego komunikowania się z bardzo różnymi ludźmi to niezbędna cecha w tym zawodzie. Bardziej wolę określenie
„przyjaciel”. Często zaczynam rozumieć dążenia i wizje zespołu podczas nieformalnych spotkań – w domu czy w barze. Lubię zwyczajnie się zakolegować z zespołem.
To bardzo pomaga, bo nie można nagrywać ludzi, których się choć trochę nie rozumie.
Z Brianem rozumiemy się bez słów, dlatego nie ma między nami żadnych tarć. Po prostu wchodzimy do studia i po kilku minutach rodzą się ciekawe dźwięki. Wiele między nami dzieje się na
płaszczyźnie niewerbalnej – tak dobrze się już znamy.
Nie, to spontaniczny proces. Jeśli coś jest do zrobienia, a ja jestem akurat wolny, to się tym zajmuję, choć patrząc wstecz, zawsze było tak, że ja zajmowałem się bardziej aspektami
technicznymi niż twórczymi. To ja jestem tym gościem, który dba, żeby podczas sesji panował porządek, trzymam wszystko pod kontrolą. Brian z kolei ma niebywały talent do inicjowania owych
„iskier”, prowokowania pomysłów i eksperymentów. Tak więc świetnie się uzupełniamy, zupełnie o tym nie myśląc.
Tak, ale zawsze pomaga mi w tym zaufany zespół moich przyjaciół. Oni stanowią rodzaj swoistego filtra. Pomagają mi zdecydować, w którym kierunku pójść, bo będąc muzykiem, bardzo trudno
zachować dystans.
Jeśli mam być szczery, to nie sądzę, żeby to było nowe zjawisko. Pamiętam genialną kapelę z lat 70. - Suicide z Nowego Jorku. To było dwóch facetów nagrywających samodzielnie w domu.
Udało im się osiągnąć niesamowite brzmienie - naprawdę mocna, soczysta elektronika. Oni po prostu mieli pomysł i wizję.
Zmieniła się tylko skala. Tak naprawdę procent dobrych i kiepskich artystów się nie zmienił. Mimo ogólnego dostępu do profesjonalnego sprzętu i tak najważniejszy jest artysta i jego wizja.
Bono nagrywa wokale na mikrofonie za kilkadziesiąt dolarów (słynny Shure SM 58 – red.), ale to nie ma znaczenia, bo to jest świetny wokalista, który wie, co chce ludziom
przekazać.
Poradziłbym im, żeby szukali własnego brzmienia. Tylko to się liczy – wasz własny gust i wasze pomysły. Tego nie można nauczyć się w żadnej szkole. Nie można nauczyć się
wyobraźni muzycznej, a ona jest najważniejsza.
Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że zawsze staram się szukać tych iskier pomysłów. A z tym na pewno wiąże się dość prozaiczna kwestia przygotowań do nagrania. Zawsze mam wszystkie instrumenty
podłączone i gotowe do użycia. Bo muzyka to coś, co często dzieje się bardzo szybko i jeśli przegapisz ten „magiczny moment”, kiedy zespół akurat gra jako jedność albo
kiedy wokalista dał z siebie wszystko, to często nie ma szans, żeby to powtórzyć. A tak się składa, że nie ma reguły na wyzwolenie tej energii, więc staram się być zawsze gotowy do
nagrywania. To druga rada dla tych próbujących swoich sił jako producenci (śmiech).
Nie kupuję tego pomysłu na kompresowanie dźwięku i podkręcanie go, aż zmienia się w nieustający hałas. Tym bardziej że często nie ma czego podkręcać – bierze się przeciętnego
artystę z przeciętnymi kompozycjami i poddaje się to studyjnemu liftingowi. Problem w tym, że nie ma czego upiększać, uwypuklać. To mi właśnie przeszkadza najbardziej we współczesnej
muzyce.
Lubię nietypowe i niestandardowe nagrania. Wspomniałem już o Suicide. Oprócz nich cenię też bardzo Lee Scratcha Perry’ego i Linka Wraya. Perry to oczywiście jamajska legenda, ale
Wraya zna mniej ludzi. Ten facet tworzył głównie w nurcie rockabilly, ale takim bardziej pokręconym, psychodelicznym. Jego nagranie „Fire And Brimstone” to dla mnie wzór
brzmienia. Zresztą nie tylko dla mnie – wiem, że bardzo wielu producentów słucha tego nagrania w momentach zwątpienia.
Pewnie cię to zdziwi, ale bardzo podobał mi się utwór „Umbrella” Rihanny. Nie pamiętam, kto go produkował. Kiedy go usłyszałem, pomyślałem, że to naprawdę ciekawa
produkcja, której ja nie potrafiłbym zrobić.
Nie winiłbym technologii. Zawsze dostępne były nowe narzędzia pozwalające na coraz większą ingerencję w materiał dźwiękowy. To tylko kwestia umiejętnego ich wykorzystania. A jeśli chodzi
ci o to, że dziś często producent pełni również rolę kompozytora, a nawet współwykonawcy danego albumu, to też nie jest to nic nowego. Kiedyś byli spece od pisania całych aranży Frankowi
Sinatrze, a dziś robi to Timbaland – tylko w trochę innej formie.
Po żadnej (śmiech). Po prostu pracuję narzędziami, które najlepiej nadają się do danego celu. Lubię brzmienie analogowego sprzętu, ale nie ma tu żadnej reguły. Cyfrowa domena ma tyle samo
zalet i wad co analogowa. No może ta ostatnia zapewnia więcej zabawy – bo jednak obcowanie z realnymi pokrętłami jest ciekawsze niż z tymi wirtualnymi.
Chris Blackwell (założyciel Island Records – red.) powiedział mi kiedyś taką rzecz: „Buduj swoją publiczność”. I chyba o to tak naprawdę chodzi. Dlatego tak
ważne jest dziś granie koncertów i obcowanie z fanami. Bo obronią się tylko prawdziwi muzycy.
Wspólnie z perkusistą Brianem Bladem, wokalistką Trixie Whitley i basistą Gimo Wilsonem stworzyłem ciekawy nowy projekt Black Dub. Udało mi się wymyślić bardzo innowacyjną technikę,
której nikomu nie zdradzę (śmiech). Dzięki niej nasze brzmienie jest naprawdę oryginalne. Co więcej – polska publiczność będzie pierwszą, która usłyszy te numery, więc jestem
bardzo podekscytowany. Tym bardziej że odwiedzam wasz kraj po raz pierwszy.