Na końcu tego tekstu będą spoilery, dlatego nie patrzcie na to, co pojawi się po nagraniu „Against All Ods” z Live Aid. Choć z drugiej strony – jeśli muzyk rusza w trasę koncertową, która z założenia ma pomóc mu w zasileniu kieszeni to wiemy, czego można się spodziewać: przebojów.

Ciężko sobie wyobrazić dekadę lat osiemdziesiątych bez Collinsa. Wychodził z lodówki, pojawiał się nawet w PRL-owskiej TVP, a że muzykę i teksty miał dla władzy nieprzeszkadzające, gościł i w radiu prezentowany przez Trójkę i Jedynkę, był na plakatach w tych pismach, które taką ofertę dla czytelników starały się zapewnić.

Lata osiemdziesiąte w solowej karierze Collinsa można otworzyć i zamknąć klasykami: „In The Air Tonight” i „Another Day In Paradise”. Przerabiane na tysiące sposobów, pokazywane w filmach, parodiowane (na równi oczywiście z innymi hitami dekady) zapewniły Philowi miejsce na stałe nie tylko w gronie największych w rocku – to miał już od dawna zapewnione dzięki grze w zespole Genesis. Żeglując w stronę muzyki pop na długie lata odmienił też brzmienie swej pierwotnej formacji – za co ma tylu samo wrogów, co fanów.

Pełna zgoda co do tego, że występ w Warszawie w ramach trasy koncertowej zatytułowanej z charakterystycznym dla Collinsa przekąsem „Still Not Dead Yet Live” jest bezczelnym, pełnym wyrachowania odcinaniem kuponów od swej bogatej kariery. Z drugiej strony – relacje, które płyną ze świata pokazują, że kasa, którą trzeba wydać na bilety (w PL ceny zaczynały się od 155 złotych, ostatnie bilety są jeszcze w sprzedaży), to dobrze zainwestowana – z punktu widzenia fana – gotówka. Profesjonalna produkcja, przeboje. No i ten głos.

SPOILER:
Możecie być niemal stuprocentowo pewni, że w Warszawie usłyszycie „Against All Odds”, „Another Day In Paradise”, „In The Air Tonight”. Możecie być pewni, że produkcja was zaskoczy. Nie zdziwcie się tylko, jak zobaczycie Phila. To już starszy i schorowany człowiek.