Nie wiem, czy to transcendencja, czy świat do bólu fizyczny. Kora zmarła, została spalona, ale istnieje. Nie w sensie symbolicznym, metaforycznym, inspirującym, choć to oczywiście też, ale w sensie kontaktu z osobą. Ona ingeruje w moje życie – mówi Kamil Sipowicz.

Partner zmarłej w ubiegłym roku artystki językiem spokojnym opowiada o wszystkim co działo się  w ich domu, jak wyglądała choroba, jak wyglądały i wciąż wyglądają dni po jej odejściu. 

Kamil Sipowicz mówi m.in., że stany euforii okupuje potwornymi dołami. Jak stwierdza, nie popełni samobójstwa, bo twierdzi, że Kora tego nie chce. O ciągłej obecności w życiu Kory, Sipowicz mówi kilkukrotnie.

Bolesne są fragmenty opisujące wspólne przechodzenie przez chorobę. Jak wspomina, jest doświadczony w opiece nad osobą chorą na raka - opiekował się swą matką. "Ale tak naprawdę destrukcyjną potęgę tej choroby poznałem dopiero z Korą. Przerzut na mózg to to jest koszmar, którego nie zrozumie nikt, kto  miał z tym do czynienia" - opowiada.

Z bólem opowiada też o ostatnich chwilach. "Gdy Kora umarła, Kasia Maimone ubrała ją do trumny. Nałożyła jej ukochane okulary, suknię. Kora wyglądała pięknie."

Rozmowę z Kamilem Sipowiczem można znaleźć w najnowszym Tygodniku Newsweek. Tu obszerne fragmenty na stronie internetowej.