Trudno dokładnie wskazać moment, kiedy polska branża muzyczna przestawiła się na wolnorynkowy sposób myślenia o rozrywce. Nie stało się to na pewno 4 czerwca 1989 r., już raczej 4 lutego 1994 r., kiedy zaczęła obowiązywać ustawa o prawie autorskim i prawach pokrewnych. Przynajmniej w teorii artyści zaczęli zarabiać na rozpowszechnianiu własnej twórczości.

W muzyce czuło się wiatr odnowy. Wracający po 10 latach milczenia Perfect nie śpiewał już więcej na koncertach: „Chcemy bić ZOMO”, ale w tytułach piosenek z nowej płyty „Jestem” (1994 r.) przekonywał, że to „Całkiem inny kraj”, choć „Oddech Rosji” ciągle możemy czuć na plecach.

Rynek zaczął się stopniowo cywilizować i komercjalizować. Zniesiono cenzurę, ale nadal obowiązywały tematy tabu. Rosła sprzedaż płyt, choć kwitł handel nielegalnymi nagraniami. Do gry weszły zachodnie firmy fonograficzne, lecz druga w konkursie Eurowizji w 1994 r. Edyta Górniak nie zrobiła światowej kariery. W dobie internetu muzyki można słuchać za darmo, ale tracą na tym twórcy.

Patrząc na ostatnie 30 lat, na polskiej scenie muzycznej widać, że transformacja nie wszystkim wyszła na dobre.

Skip, skip, skip (pomiń) – tak można streścić działalność przeciętnego odbiorcy w internecie, który ekspresowo skanuje potrzebne informacje i szybko się nudzi. Ludzie przestali słuchać całych płyt. Wolą single. Decydujące jest pierwsze 30 sekund. Jeśli w tym czasie nie uda się zainteresować słuchacza, piosenka nie ma szans. Jest takie powiedzenie: „Jeżeli musisz mieć intro na płycie, zrób je na końcu”

CZYTAJ CAŁY ARTYKUŁ W WYDANIU eDGP>>>