Piotr Dobry: Dokończyłaś "Grę o tron"?

Reklama

Julia Marcell: Tak. Widziałam trzy razy całość. Książki też wszystkie przeczytałam.

Książki - rozumiem, ale czy warto było przez te wszystkie lata inwestować czas w serial, skoro zaserwowano nam taki finał?

Trochę mi złamał serce ten ostatni sezon. Na poziomie fabularnym, bo widowisko pozostało wielkie do końca. Mam wrażenie, że wszystko, co złe, wzięło się z pośpiechu. Martin to sobie rozwijał w taki luźny, swobodny sposób, dawał przestrzeń bohaterom, a teraz nagle trzeba to było spiąć w jeden sezon, pozszywać szybko. I szwy gdzieniegdzie puściły.

Kiedy rozmawialiśmy przed pięcioma laty przy okazji płyty "Sentiments", właśnie "Grę o tron" wymieniłaś jako jedyny serial oglądany dla relaksu w przerwie od nagrywek lub koncertów. Nie dałaś się modzie na binge-watching. Coś się zmieniło od tamtej pory?

Poczekaj, niech pomyślę, co oni mają na streamingach... Hmm. Nie mogę sobie przypomnieć, co mnie ostatnio tak wciągnęło, że obejrzałam cały sezon. Ale pamiętam, że coś takiego było. Wiem! "BoJack Horseman". Wspaniały. No i "Sex Education", i "Pose" - świetni bohaterowie.

Świetna selekcja.

Dużo tego oglądam. Chyba nawet za dużo, skoro zapominam co. Na swoje usprawiedliwienie mam jednak to, że staram się oglądać jak najwięcej z racji tego, że sama chcę zrobić film i wydaje mi się, że trzeba się wkręcić, nasiąknąć tym światem. Chyba z każdej rzeczy coś biorę. Na przykład uczę się, co już jest kliszą, a co jeszcze działa, jakie są dobre rozwiązania fabularne, ale przede wszystkim zwracam uwagę na tempo filmu, to jak płynie, na co się trzeba napatrzeć. Więc oglądam. I podglądam.

Wybitny krytyk filmowy Zygmunt Kałużyński utrzymywał, że nie powinno się skreślać żadnego filmu, bo nawet w najgorszym znajdzie się choćby jedna scena, dialog czy rola warta uwagi.

Dodałabym, że złe filmy są lepsze do nauki. Bo kiedy coś działa, to nie do końca wiem dlaczego. Ale gdy nie działa, to od razu wiem, jakiego błędu nie powielać. Ważne jest, żeby wiedzieć, czego się nie chce. Chyba nawet ważniejsze niż wiedzieć, czego się chce.

Powiem ci, że kiedy dowiedziałem się, że twojej nowej płycie "Skull Echo" będzie towarzyszyć film, nie byłem specjalnie zaskoczony. Dla mnie ty od zawsze śpiewasz obrazami. I nie tylko śpiewasz. Weźmy ten motyw żywcem ze "Stranger Things" w "Ekstazie intelektualnej"...

Nie chciałam celowo nawiązywać do "Stranger Things". To jest po prostu arpeggiator na cztery dźwięki, idący w górę i dół. Każdy syntezator to ma jako podstawową funkcję.

Dla mnie to skojarzenie nie ma nic wspólnego z zarzutem. Przeciwnie - od razu wchodzimy w klimat rezonujący z naszą rzeczywistością.

Na pewno chodziło mi bardziej o pewien rozkład akcentów rytmicznych, ale w tym aspekcie, o którym mówisz, to tak, ta filmowość była jak najbardziej zamierzona.

A czy to, że twoja dyskografia idzie po sinusoidzie, też jest zamierzone? Że po etapie weselszym musi być mroczniejszy?

Reklama

Na początku to zawsze wychodzi z jakiejś potrzeby wewnętrznej. Być może ten klucz sinusoidalny jest prosty o tyle, że kiedy wchodzę w jakiś temat, to eksploruję go do głębi, aż mnie zmęczy. Zmęczy mnie klimat, zmęczy mnie rzeczywistość, w której się zamykam. Tak że po trasie "Proxy" miałam oczywiście kompletnie dość tamtego świata i chciałam spróbować czegoś innego. Na początku po prostu pożyć. Pooglądać, posłuchać, poczytać.

Czy to aby nie najdłuższa przerwa między twoimi płytami?

Bardzo prawdopodobne. Bo naprawdę potrzebowałam się do tego stopnia odciąć, że stwierdziłam, że muszę się odciąć od muzyki. Od życia w trasie. Czułam się złapana w taki cykl, zwłaszcza że poprzednie płyty wyszły bardzo blisko po sobie, więc z busa do studia. I gdzieś po drodze urodziły się te pisarskie, scenariuszowe ambicje. A nowa płyta zdarzyła się tak, jak lubię, czyli zajmowałam się czymś kompletnie innym przez rok i nagle poczułam, że chcę napisać piosenki. I poszło jak po sznurku.

Najpierw powstał scenariusz czy piosenki?

Najpierw piosenki. Ja wcześniej trochę się przygotowywałam, rozkręcałam scenopisarsko, uczyłam. Przeczytałam kilka książek w temacie, zrealizowałam jeden film krótkometrażowy, napisałam pełny metraż, który wyrzuciłam do kosza. Natomiast kiedy powstała pierwsza piosenka, którą była "Ekstaza...", a konkretnie ta początkowa melodia, naszła mnie myśl, której na początku się przeraziłam. Że to brzmi jak muzyka do filmu, który chciałabym sama nakręcić. No i nie dało mi to spokoju.

Płyta jest rzeczywiście bardzo filmowa. Takie "Którędy do teraz" śmiało mogłoby trafić na soundtrack "Jokera" czy "Czarnobyla". I znów, jak w przypadku "Stranger Things", bynajmniej nie mam na myśli kalki Hildur Guðnadóttirr, ale pewne pokrewieństwo stylistyczne i zeitgeist. Zarazem te piosenki faktycznie brzmią jak z filmu science fiction.

Chciałam, żeby ta płyta była taka bezczasowa. Dlatego, że mówi o czasie, ale też dlatego, że interesowała mnie taka forma rozlana. Niektóre piosenki sprawiają wrażenie, jakby w ogóle nie miały rytmu albo metrum. Chciałam skonfundować słuchacza na tyle, żeby przestał myśleć o tym, gdzie jest "raz", a po prostu poddał się swobodnemu przepływowi, innemu rodzajowi pulsu. Dla mnie samej było to bardzo świeże i pociągające. Więc gdzieś taka bezczasowość nad tym wszystkim wisi.

"I tak duszy nie sprzedasz, nikt się o nią nie upomni. Ten świat ruszył na przełaj, wszyscy ufnie nieprzytomni". Jak ty to robisz, że w jednej linijce zawierasz cały sens tego, co nas otacza? Albo gdy śpiewasz o "milionie w ogniu flag", jakby mimochodem, trzy słowa na krzyż i okazuje się, że więcej wcale nie trzeba. Myślę, że wbrew pozorom dużo trudniej pisać teksty tak uniwersalne, a jednocześnie tak skondensowane, niż sypać błyskotliwymi nawiązaniami, jak w "Tarantino" i innych popkulturowych zabawach na "Proxy".

O tak, te teksty były zdecydowanie trudniejsze do napisania. Przy "Proxy" było raczej tak, że kiedy wpadłam na jakiś pomysł, to szłam za nim swobodnie. Nie analizowałam, czy coś jest błyskotliwe, ale musiało mnie bawić. Tym razem chciałam wręcz się pozbyć wszelkich odnośników popkulturowych i nawet gdy mi się jakieś nasuwały, to potem je wycinałam.

I ja się z tego cieszę, bo z całym szacunkiem dla Tarantino, kto będzie chciał o nim słuchać za sto lat?

Myślisz, że "Skull Echo" ma większą szansę, że ktoś jej za sto lat posłucha?

Gdybym miał zakopać którąś w kapsule, to wybrałbym ją, nie "Proxy".

"Proxy" była świetną zabawą, ale była też tak bardzo "tu i teraz", że miałam świadomość, że może się zdezaktualizować za rok. Ba, że może się zdezaktualizować w momencie, kiedy wyjdzie, bo czasem i tak bywa. Nie powiem, przy "Skull Echo" też się bałam, bo ona czekała rok na wydanie. Dla mnie to szmat czasu, bo dotąd zwykle miałam plany wydawnicze na tzw. hardkorze. "Kończ szybko tę płytę, bo trzeba lecieć do tłoczni". A teraz siłą rzeczy długie miesiące trwały rozmowy z partnerami zagranicznymi, z partnerami filmowymi. Mastering robiliśmy wyjątkowo późno. Dlatego odetchnęłam z ulgą, kiedy po roku do niej wróciłam i okazało się, że jest okej, nie zestarzała się. Dalej tak czuję, dalej tak myślę, dalej jest to dla mnie ważne.

Dla mnie z perspektywy słuchacza jest z kolei ważne, że to płyta bez ironicznego cudzysłowu.

Mówił o tym fajnie David Foster Wallace. Że wkradł się cynizm w naszą popkulturę, że nic nie jest na poważnie, że wszystko jest z uśmieszkiem.

U ciebie jest na poważnie, a przez to i szlachetniej, mniej doraźnie.

Czułam się zaklejona wszystkim dookoła. Czułam, że nie jestem w stanie utrzymać jednej myśli w głowie przez więcej niż sekundę, bo mam ciągle telefon w ręce i dostaję esemesa, maila, wiadomość na Instagramie...

Podpięta pod proxy 24 na dobę.

Cały czas. Nie mogłam się na niczym skupić i zaczęłam szukać takich momentów samotności, żeby pobyć sama ze sobą. Czułam, że mnie to wcale nie uszczęśliwia, gdy jestem non stop połączona z całym światem. Mam chaos w głowie, martwię się rzeczami, którymi w ogóle nie powinnam się przejmować. Okazało się, że czuję się o niebo lepiej, silniej, bardziej pozytywnie, kiedy w tym nie uczestniczę, tylko jestem z bliskimi, z dobrą książką, na łonie natury. Wtedy jakoś tak po drodze z tym życiem.

To ciekawy paradoks, że kiedy wreszcie oderwałaś się od tego szaleństwa i poczułaś pozytywnie, nagrałaś najbardziej mroczną płytę w dorobku.

To był proces. Nie było tak, że nagle odkleiłam się od wszystkiego i poczułam wspaniale. To była trochę walka wewnętrzna. Szukanie siebie i tego, co jest dla mnie ważne. W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że mam dość zszarpane nerwy, więc muszę przystopować, coś zmienić. Myślę, że tak się zaczęła ta płyta rodzić, gdzieś na takich tarciach wewnętrznych. W moim życiu osobistym dużo się wydarzyło, miałam sporo momentów, gdzie naprawdę zaczęłam odczuwać realność tego świata, upływ czasu. Straciłam kilka bliskich osób. Wyjątkowo dużo jak na jeden rok. Ale takie jest życie. Może też stąd te przemyślenia, czernie, tęsknota za drugim człowiekiem. Zdałam sobie sprawę, że pędzę, pędzę i mam w głowie tylko karierę, koncerty, projekty i swoją dłubaninę, a tak naprawdę nie zadzwoniłam do mamy od miesiąca. Takie prozaiczne rzeczy, ale zaczęłam tego potrzebować, odciąć to, co mi zżera czas i nerwy niepotrzebnie, a pobyć z kimś. Częściej, bardziej, dłużej. Porozmawiać, skupić się.

Dlatego też nie przesadzałbym z tym mrokiem, który teraz każdy ci będzie chciał wmówić, a to tylko część większej całości.

Ten mrok też pewnie wynika z tego, że każdy ma jakąś wrażliwość. Ja dorastałam przy muzyce metalowej i dla mnie mrok nie oznacza od razu depresji, zła i tak dalej. Na przykład bardzo lubię taką ciężką elektronikę. Mnie to kręci, jak wszystko wybucha w słuchawkach.

Oczyszcza.

Właśnie. A z drugiej strony szalenie lubię i bardzo dużo słucham takich absolutnych snujów bezgłosowych, nieoczywistej muzyki filmowej.

Jak soundtrack "Ghost in the Shell" Kenjiego Kawai, wiem z rankingu twoich najważniejszych płyt autorstwa Artura Szklarczyka dla CGM.

Uwielbiam! Wspaniała, bardzo niedoceniona płyta. I okrutnie przerobiona w nowej wersji przez jakiegoś didżeja. Jezu, co on zrobił.

Remake i muzycznie, i filmowo pozostawia wiele do życzenia.

Taki cukierek. Do genialnego oryginału się nie umywa.

Nawet Scarlett Johansson go nie ratuje.

Tak, a przecież jest fantastyczną aktorką. "Historia małżeńska" i scena jej monologu, kiedy opowiada Laurze Dern o tym związku... Pomyślałam sobie: okej, zaraz przytną do montażu wspominkowego. A jednak nie. Słuchało się jej przez te długie minuty z zaangażowaniem.

To prawda, choć nie podoba mi się w tym filmie, że jest postacią podrzędną względem Adama Drivera. Mniej fajną, mniej ciepłą. W ogóle mniej jej tam. Reżyser skorzystał z okazji, żeby się wybielić. To dobry film, choć przeceniany. Polecam ci za to "Jojo Rabbita".

Ona jest zresztą nominowana do Oscara za oba filmy, prawda?

Tak. W "Jojo..." ma mniejszą rolę, drugoplanową. Gra Niemkę działającą w ruchu oporu. Fantastyczna rola.

Mówi z niemieckim akcentem?

Mówi z komicznym niemieckim akcentem. Ale ma też świetne sceny dramatyczne.

Dobra, nie spoileruj! Ale tuż przed naszym spotkaniem mój dobry znajomy napisał mi, że mam obejrzeć "Jojo Rabbita", więc teraz już się nie wywinę.

A z anime to tylko klimaty SF? "Ghost in the Shell", "Akira"?

"Akira" jest super. Ale nie tylko SF. Miałam taki okres w życiu, gdzie oglądałam dużo anime i siedziałam mocno w kulturze japońskiej. Najbardziej lubiłam Hayao Miyazakiego, jego niesamowite, bajkowe wizje, jak "Księżniczka Mononoke", "Nausicaä z Doliny Wiatru" czy "Spirited Away: W krainie bogów", to są piękne filmy. Teraz już nie śledzę tego na bieżąco. Ostatnim filmem anime, jaki widziałam, był "Kimi no na wa" o chłopaku i dziewczynie zamieniających się ciałami. A jeśli chodzi o motyw cielesności i animacji, choć już nie anime, to jeszcze "Zgubiłam swoje ciało", które widziałam na Netfliksie. Doskonałe.

I też nominowane w tym roku do Oscara. A twój kanon SF?

"Odyseja kosmiczna 2001", "Blade Runner", "Matrix", "Gwiezdne wojny", "Metropolis" Fritza Langa.

Czyli znów, jak z muzyką, bardzo eklektycznie.

Bardzo. Z nowszych to jeszcze "Pod skórą", "Arrival". Chłonę filmy science fiction. Ale żaden "Solaris" nie umywa się do książki Lema, powiedzmy to głośno. Nawet Tarkowskiego, chociaż ten jest mistrzem.

A swój film gdzie byś umiejscowiła w tym mikrokosmosie?

Właśnie usłyszałam od znajomej, która przeczytała scenariusz, że z jednej strony ma klimat "Odysei kosmicznej", z drugiej - ciągnę w stronę takich przygodowych rzeczy typu "Powrót do przyszłości". Wiesz, to się cały czas rodzi, więc ciężko teraz o tym opowiadać, bo jeszcze wiele czynników wpłynie na efekt końcowy. Aczkolwiek jest to bardzo klasyczna fabuła, żaden film eksperymentalny ani musical. Pociąga mnie takie lemowskie intelektualne SF, ale szalenie lubię też rzeczy pokroju "Gwiezdnych wojen".

Niełatwo to połączyć.

Wczoraj miałam długą rozmowę na ten temat z moją producentką Natalią Grzegorzek.

To na jakim etapie produkcji jesteś?

Skończyłam którąś już wersję scenariusza, teraz rozwijamy projekt w ramach EAVE Producers Network. Jesteśmy w tak zwanym developmencie. Trzymaj kciuki, bo największym problemem zawsze są fundusze. Praca pracą, ale największy stres to walka o pieniądze.

W filmie znajdą się wszystkie piosenki z albumu, ich wersje instrumentalne? Jak to sobie wymyśliłaś?

To wszystko się dopiero okaże. Postanowiłam sobie tej pętli na szyję nie zakładać. Film zrodził się z muzyki, jest taką fabularyzowaną opowieścią na temat tego, co znajduje się na płycie. Tyle że później to muzyka będzie musiała podporządkować się formie filmowej.

Masz już doświadczenie na tym polu jako kompozytorka muzyki do filmu Przemysława Wojcieszka "Jak całkowicie zniknąć". Twoja muzyka była tam skądinąd największym atutem, więc zakładam, że odnajdujesz się w tej roli?

Tak, ja to bardzo lubię. I polecam się. Natomiast teraz koncentruję się na swoim filmie i mam świadomość, że na kilka lat się wkopałam. A do tego dochodzi masa pracy przy płycie. Bo ona niby jest już wydana, ale przede mną jeszcze choćby trasa koncertowa.

Na jej czas dajesz sobie luz od pracy nad filmem, czy jednak idzie to symultanicznie?

Film teraz troszeczkę zamroziłam, zbieram feedback. Ale scenariusz na pewno gdzieś tam już w trasie będę ruszać. Zaczął się czas intensywnego przygotowania do koncertów, próby z zespołem, wywiady, zagraniczne wydanie.

Chciałem właśnie o nie zapytać, bo to jest ciekawe w twoim przypadku. Pierwsze płyty wypuszczałaś wyłącznie po angielsku. Następnie pojawiały się polskie wtręty, jak "Cincina" na "Sentiments". Potem była w całości polskojęzyczna "Proxy". No i teraz "Skull Echo", gdzie na polskiej wersji mamy jeden utwór anglojęzyczny, ale po raz pierwszy w karierze robisz też wydanie na rynek zachodni. Właściwie dlaczego?

Ale wiesz, że kiedyś to było popularne? Czerwone Gitary z powodzeniem funkcjonowały na rynku niemieckim jako Rote Gitarren.

A to teraz w "Jojo Rabbicie" mamy na przykład "Komm gib mir deine Hand" ("I Want To Hold Your Hand") Beatlesów czy "Helden" ("Heroes") Davida Bowiego. Żadne covery, po prostu wersje na rynek niemiecki.

U mnie chyba wiązało się to przede wszystkim z filmem. Tam jest konkretna opowieść i chciałam, żeby wszyscy zrozumieli - i mój zespół, i moja mama.

Domyślałem się, że nie chodzi o polskie kompleksy względem Zachodu.

Kompleksy? One dziś nie mają najmniejszego sensu. Zobacz, co się dzieje: Nobel dla Tokarczuk, "Wiedźmin" Sapkowskiego na pierwszym miejscu sprzedaży Amazona - że o grze i serialu nie wspomnę, "Boże Ciało" nominowane do Oscara, przedtem dwa filmy Pawlikowskiego, w tym "Ida" nagrodzona. Kultura to jest nasze największe dobro i powinniśmy być dumni, do cholery, że tak świetne rzeczy robimy. Nie miejmy kompleksów.

Powiedz to ludziom, których nawet Nobel dla Tokarczuk potrafi podzielić na dwa wrogie plemiona.

Analizy mówią, że to wynika z tych internetowych baniek, zaspokajania tylko i wyłącznie własnych zainteresowań, a braku otwarcia na inność. Tak jest wszędzie, w każdym kraju. Wszędzie znajdziesz te kompleksy.

Tylko czym innym jest zamykanie się w swojej bańce, a czym innym sytuacja, gdy ksenofobia staje się "poglądem". U nas do studia radiowego czy telewizyjnego zaprasza się na przykład geja i homofoba, po czym traktuje jak równorzędnych partnerów w dyskusji. Dlaczego ja mam słuchać faszysty? Dlaczego w ogóle dawać tym ludziom platformę do wypowiedzi?

A tak, to jest przerażające. Zgadzam się, że nie można stwarzać warunków do szerzenia ekstremalnych ideologii, które uderzają w prawa człowieka. Zresztą propagowanie faszyzmu jest chyba prawnie zakazane?

Teoretycznie tak, natomiast u nas służby potrafią rekwirować tęczowe flagi, a rząd maszeruje pod zieloną falangą.

Ale nie uważasz, że to też się bierze z tej zamkniętości, że gdzieś tam ludzie się radykalizują? Nie umiemy ze sobą rozmawiać o polityce, o poglądach, łatwo dajemy się wkurzać niesprawdzonym informacjom. To jest niebezpieczne, ta kultura brania wszystkiego, jak podają. Jesteśmy tak przeładowani, że przestaliśmy pytać - skąd jest ta informacja, kto to powiedział, czy naprawdę to powiedział, co miał na myśli?

Pełna zgoda. I właśnie poleciłbym twoją płytę jako remedium na tę naszą okropną rzeczywistość. Żeby zamknąć się w ciszy, coś sobie przemyśleć, być może potem wyciągnąć rękę do drugiego człowieka.

Bardzo mi miło, że masz takie odczucia, bo dla mnie absolutnie takie jest clou tej płyty. Żeby się cenić nawzajem, akceptować, słuchać.

Piękne słowa, tyle że na płycie śpiewasz "ja rację mam i nie oddam ci". Oczywiście śmieję się teraz, bo to pada w zupełnie odmiennym, abstrakcyjnym kontekście. Ale ty potrafisz słuchać innych?

To zależy. Zwykle mam tak, że dokładnie wiem, czego chcę. Ale wychodzę też z założenia, że głos z zewnątrz, świeże ucho, pomaga. Bywa tak, że ktoś podsuwa mi jakiś pomysł, który sprawia, że utwór jest lepszy. A jeżeli nie działa, to ze względu na ogólne założenie - że mi chodzi o uzyskanie innego brzmienia, innej emocji, a ktoś odbiera to inaczej. Zdarza się też tak, że coś mi się nie podoba, bo jest zbyt odległe od tego, co sobie wyobraziłam, ale po jakimś czasie we mnie rośnie i zaczynam to doceniać. Akurat poprzednia płyta powstawała tak, że gdy pisałam aranżacje, to cały mój zespół brał w tym udział. Teraz z kolei się odizolowałam, pisałam jak najdłużej sama i dopiero demówki pokazałam Michaelowi Havesowi. Tych piosenek miałam bardzo dużo, razem wybraliśmy te najlepsze i zaczęliśmy bawić się brzmieniem, nagrywać dodatkowe instrumenty. On dołożył aranżacyjne pomysły, miksował to, współprodukował. Później dołączyli Thomas Fietz na bębnach i Thomsen Slowey Merkel na basie, czyli chłopaki z mojego zespołu. I tak to powstało.

Z Michaelem Havesem wcześniej nagrałaś tylko okolicznościowy cover Boba Dylana "Like a Rolling Stone". Skąd decyzja o powierzeniu pieczy nad płytą właśnie jemu?

Ja go znam od dawien dawna z berlińskiego świata muzycznego. Lubiliśmy się, chcieliśmy zrobić razem coś większego, ale przez lata nie było nam po drodze, aż wreszcie fajnie się skleiło. To jest szalenie ciepły i utalentowany człowiek, ma niesamowite ucho i głowę do brzmień, do dźwięków.

Z nim dzieliłaś studio, a bus w nadchodzącej trasie?

Będzie Thomas, Thomsen i Bartek Staszkiewicz na klawiszach. Ogromnie się cieszę na trasę. Myślę, że ta płyta jest najbliższa temu, co chciałabym teraz grać. Że to są takie dźwięki, które mnie pociągają i definiują w tym momencie. Bo zwykle jest też tak, że płyta rządzi się swoimi prawami, a trasa swoimi i są piosenki, które się lubi grać na żywo, i są takie, które bardzo szybko spadają z listy koncertowej. Na pewno coś takiego wydarzy się również przy tej płycie, ale na ten moment, w sali prób, mam niebywały głód grania i wszystko mi pasuje.

To nie jest też czasem trochę inny głód, trochę inne emocje dlatego, że ty nie miałaś chyba wcześniej nawet możliwości tak dojrzeć emocjonalnie i artystycznie "między słowami", między płytami?

Coś w tym jest. "Proxy" ukazała się półtora roku po "Sentiments", więc to rzeczywiście była szybka akcja i też wynikała z doświadczeń w trasie. Bo jak ruszyliśmy z tymi mrocznymi gitarowymi piosenkami z "Sentiments" w trasę, to mnie to bardzo szybko zmęczyło i bardzo szybko poczułam, że ja bym chciała grać coś innego. Że chciałabym mieć muzykę, która mnie bardziej niesie, a nie która mnie tak dołuje noc w noc. I jak już ustaliliśmy, na "Skull Echo" jest już inny rodzaj mroku. Oczyszczający.

Ale wciąż w pewnym sensie sentymentalny. Taka "Nostalgia" to świetna obserwacja na temat tęsknoty za tym, czego tak naprawdę nie znamy. Za wyobrażeniem, za emocjami, które ktoś kiedyś przeżył, a my nie.

Wybieramy sobie to, co nam się podoba. Koloryzujemy. Notorycznie wypełniamy białe plamy wyobraźnią. Właściwie nasze wspomnienia to jest bardzo kreatywny proces. Kiedy zapamiętuję jakieś wydarzenie, to wcale nie wiem, że jest takie fantastyczne, ale dziesięć lat później myślę sobie: wow, ale wtedy było fajnie.

A być może nałożyło ci się wspomnienie innej osoby.

Właśnie. Im więcej czasu mija od wydarzenia, im częściej o nim opowiadam, tym bardziej robi się z tego legenda.

Jesteśmy mitomanami.

Jesteśmy mitomanami swojego własnego życia. Budujemy na tym tożsamość.

Wyobrażasz sobie siebie w innej epoce?

Mnie zawsze bardziej frapowało to, co przyjdzie po nas. Gdybym miała maszynę do podróży w czasie, to chciałabym zobaczyć, co będzie dalej, w momencie, którego już mi nie będzie dane doświadczyć ani nawet poznać z opowieści, relacji innych.

Tęsknota za tym, co będzie. Ale to też ładnie zahacza o motyw wiecznego niespełnienia poznawczego. Chociażby cała sztuka, której nijak nie jesteśmy w stanie skonsumować.

Ja myślę, że w dzisiejszych czasach uwolnienia sztuki od kuratorów my bardziej niż kiedykolwiek potrzebujemy kuratorów.

Ha! A do nadpodaży dóbr dochodzi jeszcze ta odwieczna "mamoniowość". To już jest fiksacja, że "o nie, nowa płyta tylko syntetyczna, a przedtem były żywe instrumenty". Albo że kiedyś było tak wesoło, a teraz mrok.

Oczywiście też się z tym spotykam. Są tacy słuchacze, co w kółko "a ja wolę starą Marcell", "pierwsza płyta forever" i tak dalej. A ja lubię poszukiwać.

"Trzeba się zmieniać, żeby sobą pozostać".

Bardzo ładne.

Niestety nie moje. Przypisuje się to różnym raperom, choć mam wrażenie, że przed nimi nawinął to któryś grecki filozof.

Wyobraź sobie, że po tych wszystkich turbulencjach, różnych płytach, filmowych przygodach, spotykam się z kimś, kogo nie widziałam od dwudziestu lat. To właśnie nowy muzyk w moim zespole - Bartek. Znamy się z podstawówki, ale wpadliśmy na siebie relatywnie niedawno. I on mi mówi, że w ogóle się nie zmieniłam. Chyba o to w tym wszystkim chodzi. Jakiś korzeń ciebie pozostaje, a jednocześnie cały czas obrastasz nowymi doświadczeniami, poznajesz świat, uczysz się. Ja bym się załamała, gdybym nie miała poczucia, że się ciągle uczę. To jest dla mnie bardzo ważne, żeby mieć przynajmniej wrażenie, że staję się lepszym człowiekiem. Lepszą artystką. Z każdą płytą mam wrażenie, że więcej wiem. Ale też im więcej wiem, tym bardziej "wiem, że nic nie wiem". I w tym też tkwi pewna nadzieja, bo jeżeli miałabym dojść do momentu, gdzie poczuję, że już więcej niczego się nie nauczę, byłoby to strasznie smutne.

A nie myślałaś o tym, że teraz wkręcisz się w świat kina na tyle, że twoja miłość do muzyki nieco osłabnie?

Na razie nie mogę się doczekać, kiedy ruszę w trasę, ale wiem, o czym mówisz. Zdaję sobie już sprawę, pracując jednocześnie nad płytą i filmem, jak straszliwie absorbujący jest film. Ludzie często myślą: co też ten reżyser robił przez te wszystkie lata, zanim jego film powstał. Oj, robił, robił. Dlatego teraz zanim wydam kolejną płytę, na pewno minie dobrych parę lat, bo ten film będzie mnie pochłaniał w całości. Nie będę w stanie w tym samym czasie nagrywać.

No to ja już nie wiem, czy trzymać kciuki.

Nie wygłupiaj się. Trzymaj mocno.