– Czy jest dzisiaj jakiś zespół, który nagrał co najmniej pięć albumów i nadal robi coś ciekawego? Chyba nie znam takiego, ale nie ma się czego wstydzić. Każdy artysta dochodzi do takiego momentu, że po prostu nie jest w stanie nic więcej z siebie wykrzesać – mówi Joseph Mount, lider Metronomy. – Kiedy zabieram się do płyty, mam świadomość tego, to może być moja ostatnia rzecz. Jednak jak na razie zawsze pojawia się pomysł, który zapal mnie do pracy. Dopóki tak będzie, Metronomy będzie istniało.

Poprzedni album, wydany trzy lata temu "The English Riviera", przeniósł grupie nominację do prestiżowej nagrody Mercury, zapewnił miejsce wśród headlinerów na najważniejszych europejskich festiwalach, m.in. Glastonbury, Melt!, Sonar, oraz rolę suportu przed Coldplay na trasie po Ameryce. Po tym sukcesie cel był jeden: zrobić czwarty album na bogato!

– Mówię do taty, że mam szalony pomysł na płytę za kupę kasy, żeby trwała ponad dwie godziny i... może nie tyle nudziła ludzi, ile sprawiała, by mówili: "O co do cholery chodzi?" – wspomina Joseph Mount. – A tata spytał, czy nie lepiej byłoby wywołać takie wrażenie w krótszym czasie. Najpierw mnie zdenerwował, ale potem przemyślałem. W końcu zdecydowałem się na płytę 45-minutową, która zabiera cię w podróż, jakiej byś się nie spodziewał. Tata miał rację, to robi większe wrażenie i ma większą wartość niż podwójny album na siłę z masą wypełniaczy.

O ile „The English Riviera” była przemyślanym koncept albumem poświęconym przepięknej angielskiej riwierze i wspomnieniom z dzieciństwa spędzonego w miejscowości Torquay, pełnej plaż i kurortów, o tyle na „Love Letters” nie było żadnego ogólnego pomysłu. Utwory powstawały podczas trasy, a w finale połączyło je to, że zostały zarejestrowane w kultowym londyńskim studiu Toe Rag, gdzie m.in. The White Stripes nagrywali krążek „Elephant”. Jest ono na tyle małe, że nie można tam zrealizować wielkiej produkcji, i na tyle staroświeckie, że nagrania odbywają się na magnetofonie ośmiośladowym, starych mikrofonach i analogowym sprzęcie, więc nie można uzyskać krystalicznego, cyfrowego dźwięku czy poprawiać utworów. „To nie jest bunt przeciwko technologii, bo od początku używam w muzyce komputerów. Tym razem chciałem spróbować czegoś innego, doświadczyć tego, jak kiedyś pracowali The Beatles czy Kinks. Od strony praktycznej wymaga to sporego przygotowania, bo po nagraniu niewiele można zmienić. Musisz umieć ograniczyć się w pracy do minimum przy aranżowaniu i komponowaniu. To najlepszy sposób, żeby sprawdzić się, czy jesteś już dobrym songwriterem. Z każdym albumem obserwuję, jak cofamy się w przeszłość. Zaczynaliśmy od nowoczesnej muzyki elektronicznej, a teraz doszliśmy do naszych korzeni” – tłumaczy Mount.
Zamiast ostatnich inspiracji Steely Dan czy Fleetwood Mac w nowych utworach Metronomy przede wszystkim słychać soulowego ducha nagrań z wytwórni Motown i popowy klimat lat 60. Najlepiej wypada tytułowy singiel „Love Letters” z kobiecymi chórkami w refrenie, równie ciekawie brzmi spokojniejszy „ I’m Aquarius” napędzany automatem perkusyjnym. Ładnie brzmią nieco sentymentalne ballady „The Upsetter” z gitarą akustyczną i słodkim, łamiącym się głosem Mounta, lekko psychodeliczna „Month Of Sundays” przypominająca twórczość Love oraz nieco niezdarna i naiwna „The Most Immaculate Haircut” napisana dla Connan Mockasina. Nie brakuje też typowych dla grupy analogowych syntezatorów w „Monstrous”, „Call Me” i bardziej tanecznych rytmów w „Reservoir” i „Boy Racers” z krautrockową motoryką i tematem niczym u Giorgio Morodera. Przed premierą „Love Letters” Joseph Mount pytany o porównania do „Random Access Memories” Daft Punk odpowiedział: „To wspaniały album, choć spodziewałem się, że pójdą jeszcze dalej. U nas nie ma żadnych gości, tematu przewodniego, płyta trwa o wiele krócej, a jej nagranie nie było takie kosztowne. Myślę, że ja też nagrałem ważną rzecz, która wynika z moich własnych fascynacji”.

Metronomy | Love Letters | Because Music