Dziennik Gazeta Prawana logo

Krępującej ciszy tu nie będzie. Killing Silence „Traces” [RECENZJA]

27 listopada 2016, 14:04
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Killing Silence, fot. Aneta Kwiatkowska
Killing Silence, fot. Aneta Kwiatkowska/nieznane
Rocznie debiut fonograficzny odnotowuje w Polsce artystów. Dlaczego warto spojrzeć akurat na tych? Jest kilka powodów.

Historia nie jest długa, za to z przytupem. Grają od 2014 roku, choć ustabilizowali skład z początkiem aktualnego rocznika. Wiele już osiągnęli, m.in. dzięki zwycięstwu na Antyfeście Zazdrościć mogą im na pewno wszyscy, bo zagrali na Impact Festivalu, dzięki czemu z dumą mogą sobie wpisać w CV, że grali przed Black Sabbath.

Aż wreszcie wydali płytę. Nie ma tu problemów z określeniem gatunku – Killing Silence sprawnie porusza się po ostrzejszej stronie rocka, zaglądając często do dorobku zespołów ze Seattle z ostatniej dekady XX wieku, czasem patrząc też w stronę klasycznego hard rocka. W kompozycjach usłyszymy riffy, solówki. Wokalista potrafi wrzasnąć, a że ma z czego i robi to czysto i z charyzmą, dodaje to muzyce dynamiki. Ryan Pasko (możecie go kojarzyć też z gry aktorskiej w popularnych serialach) jest bardzo mocnym punktem formacji – w przeciwieństwie do wielu polskich frontmanów ma wyrazisty, charakterystyczny i – co najważniejsze – wyćwiczony głos z czystą, angielską dykcją. Warto to podkreślać, bo to w naszym kraju nie oczywistość.

W konstrukcji nagrań słychać zauroczenie zabawą chórkami w refrenach – zdecydowanie bliżej tu jednak do Alice In Chains niż do kogokolwiek innego ze Seattle - obecne w recenzjach porównania do Pearl Jam traktować należy jako zwyczajną pomyłkę oceniających.

” jest bez wątpienia płytą zwartą, z logiczną konstrukcją. Całość jest bardzo żywiołowa, kolejne nagrania jasno wynikają jeden z drugiego. Nie oznacza jednak, że jest do końca kolorowo – brakuje trochę większego zróżnicowania tracklisty, przedzielenia mocniejszymi kontrapunktami. A że panowie z Killing Silence dają nie tylko mocno w piecyk, przyjemnie przekonuje kończące album  balladowe „”, które po kilku przesłuchaniach wyrasta na jeden z najjaśniejszych punktów płyty. W strefie produkcji i realizacji dźwięku warto na przyszłość pamiętać o większej selektywności brzemienia, bo przecież po to gitarzyści dobrze grają, byśmy to słyszeli. 

Nie wygląda na to, byśmy szybko o Killing Silence mieli zapomnieć. W kilku przypadkach w Polsce zespoły tego typu potrafiły wyciągnąć wnioski z frycowego, jakim niemal zawsze jest pierwsza płyta lub pierwsze występy. I obok takiego OCN z jednej, a Curry Hades z drugiej zespół widziałbym chętnie w przyszłości w radiach. Ach, no tak. Radia nie grają  teraz takiej muzyki (kilka stacji rockowych wiosny nie czyni), poszukajcie Killing Silence w sieci.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj