Mela Koteluk trochę odskakuje polskiej scenie muzycznej, tej mainstreamowej, do której była zaliczana. Z jednej strony ma status gwiazdy, bo jest rozpoznawalna, koncerty, które gra cieszą się doskonałą frekwencją. Ale nie przystaje do tego, co świat gwiazd chciałby z nią zrobić. Jakoś tak jest, że nie jest osobą ze ścianek, nie opowiada o tym, co u niej (a już na pewno nie tak, by ukuć z tego sensacyjną „jedynkę”) słychać i nagrywa…
Właśnie – kiedy nagrywa nie ogląda się na nikogo. Nie zastanawia się, czy tak jak niegdyś „” każda jej nowa piosenka zostanie dobrze przyjęta przez świat rozgłośni komercyjnych. Za to w radiowej Trójce dociera do numeru jeden, a płyta, jeśli patrzeć na Olis, znajduje nabywców.
Wszystko to jest jednak pozorne i złudne. Mela Koteluk na swej trzeciej płycie z niezwykłą starannością wprowadza nas w swój prywatny świat, w krainę emocji, w strefę emocji, pięknym językiem przekazywanej strefy uczuć. Nie ma tu taniej egzemplifikacji, nie ma stwierdzeń, że „”.
Teksty to ogromna wartość płyty.
„” – słyszymy we „”
„” – to fragment „”
„.” – zapada w pamięć po przesłuchaniu „”.
Do tego zbudowana jest konstrukcja kompozycyjna, która ma sprzyjać poznawaniu świata ważnych chwil i przemyśleń. Nie są to nagrania natychmiast zapadające w duszy, że odwołam się znów do „”. Płyta wymaga kilkukrotnego przesłuchania, by poznać wszelkie jej niuanse i smaczki. I wtedy nagle okazuje się, że „”, „” czy „” żyją w naszej wyobraźni, każą do siebie powracać i przypominać o sobie.
Wielokrotnie zwracałem uwagę na drażniącą manierę u wielu operujących podobną stylistyką, co Mela na „Migawce”. Twórcy za mocno chcą podobać się najmłodszej, najbardziej aktywnej w cyfrowej strefie grupie. Mela mówi językiem adekwatnym, bez pokłonów wobec nikogo. A nawet czasem wysoko stawiając poprzeczkę ze względu na poetykę. Nie jest to różowa pigułka szczęścia (lub nieszczęścia), ale pozostawia w głowie ślad dłuższy niż niejeden szybki, jutjubowy slajd.
Warto.
Mela Koteluk „Migawka” Warner