W 2000 roku w Polsce była jeszcze zjawiskiem raczkującym. Coś, bez czego nie wyobrażamy sobie lata, hulało doskonale w Niemczech i Wielkiej Brytanii. Tam festiwal Glastonbury był, jest i pewnie jeszcze długo będzie wyznacznikiem tego, co popularne, masowe, ale i często wyrafinowane. Koncerty Elbow, Oasis, Radiohead tam zagrane przeszły do historii i są wspominane do dziś. Tak też jest, było i będzie z koncertem, który odbył się latem roku 2000.
David Bowie w pamiętniku, notatkach, które widzimy dzięki fantastycznemu wydaniu, napisał: .
Jak zapowiedział, tak zrobił.
Zanim jednak o muzyce – warto na chwilę uzmysłowić też, że w Wielkiej Brytanii David Bowie był ikoną. Nie jakimś tam twórcą, którego „” czy „” zagrała ichniejsza Trójka, ale prawdziwym wyznacznikiem trendów, także pozamuzycznych. W kraju, który jest w pierwszej trójce tych, które na muzykę wydają najwięcej, w kraju, który jest – obok Stanów – największym eksporterem muzycznym, w kraju, w którym Królowa odznacza „ i nadaje im tytuły szlacheckie, znaczy to dziesięć razy więcej niż bycie Dawidem Podsiadło w Polsce w 2018 roku (e).
Koncert Bowiego w Glastonbury to ideał. Po pierwsze dlatego, że skonstruowany jest tak, że od pierwszego do dostatniego dźwięku jesteśmy schwytani za gardło, przystawieni do ściany i nie możemy się ruszyć. Powodem wspaniale dobrana tracklista zawierająca perły („”, „”, „”) i szlagiery („”, „”, „” itd.).
Po drugie: doskonałe wykonanie. Jest tu miejsce na szalejące gitary, zmieniające studyjny wymiar piosenek (tak grane „” powinno być od początku) i fortepian, który akcentuje przestrzeń tam, gdzie powinien („”). No i głos Bowiego – który nie myli się nigdy, oddaje emocje, nie przesadza z ekspresją. Choć jeśli trzeba, to dojdzie z nią do skraju, jak w przypadku „Life on Mars?”.
Oczywiście takie wydawnictwo jest smutnym dowodem wielkiej straty i ogromnej wyrwy. Nie, nie chcę mówić jak stary dziad, że wszystko co najlepsze w muzyce już za nami (ktokolwiek tak twierdzi, ten łże jak pies). Ale w każdym pokoleniu pojawiają się geniusze, którzy nawet inne jednostki wybitne przerastają o kilka długości. „” – powiedziała Emily Evans, współorganizatorka Glastonbury. Mieć jako gwiazdę Davida Bowiego w najlepszej formie – pozostaje tylko pozazdrościć.
Oczywiście pojawienie się takiego wydawnictwa (2 CD + DVD) to oczywista monetyzacja sentymentów. Wydawcy wiedzą, że pójdziemy do sklepów, wydamy nasze ciężko pożyczone dineros i kupimy sobie coś, co nie będzie wychodziło z odtwarzacza przez najbliższe miesiące. Ale jeśli za rok ma się pojawić następne takie coś – powiem głośno: .