Nie da się podejść do twórczości Przemysława Gintrowskiego bez odpowiedniej dawki patosu i bez choćby próby oddania pokłonu. Można jednocześnie próbować delikatnie interpretacją pokazać, że w tekstach, które znamy często od ponad czterech dekad wciąż drzemią treści, które mają wymiar uniwersalny. Próba przywiązania poezji, słów takich jak „zbaw mnie od nienawiści, ocal mnie od pogardy panie” tylko z legendą Solidarności zamiast wyprowadzać Gintrowskiego w coraz dalsze miejsca, przez walkę polityczną marginalizowała przesłanie.

Dlatego z radością przyjąć należy to, co z Gintrowskim robi Marek Dyjak. Wokalista operujący charakterystyczną chrypą podkreślał, że do albumu chciał podejść z należytym skupieniem. To słychać – ekspresja, interpretacja nie są tu rzeczami rzuconymi na żywioł, dopracowanymi. Ale jednocześnie uciekają od estetyki akademii, w którą aż za często byliśmy wrzucani przez ostatnie lata (a w ostatnim, będącym podsumowaniem stulecia Niepodległej, aż za często). Bliżej tu wypełnionych dymem salek konspiracyjnych, słowo – które mimo świetnego wykonania – pozostaje najważniejsze uderza w naszą wyobraźnię. Nawet jeśli nie jest to pieśń ruchu społecznego, a piosenka z serialu. Swoją drogą – taka nowa wersja „Zmienników” ma naprawdę sens.

Świetnie dobrane jest instrumentarium. Czasem jest to samotny fortepian, czasem podążające w stronę jazzu podróże z trąbką. Nie jest to coś, co przyjmie słuchacz stawiający pierwsze kroki w muzyce, ale nie trzeba też przebywać na co dzień w filharmonii lub najbardziej snobistycznych klubach jazzowych, by ją przyjąć.

Dyjak/Gintrowski; Kayax 2019