Wojtek Baranowski na scenie muzycznej nie jest ani od tej jesieni, ani też od momentu, kiedy zaczął prezentować się pod swoim pseudonimem. Należy go pamiętać ze współpracy z zespołem Xxanaxx, ale dopiero kiedy sprawy wziął w swe ręce, wszystko potoczyło się… Nie, wcale nie tak szybko. I dobrze, że nie tak szybko.

Baranovski opowiadał w naszym podcaście #PoStronieKultury, że to była kalkulacja, dawkowanie emocji. Oczywiście do prezentacji singli od ponad roku w solidnych interwałach czasowych można podchodzić jako do strategii. Odbiór „Luźno” czy „Zbioru” sporo wokalistę, gitarzystę, kompozytora uczył. Pokazywał, ile trzeba napracować się, by dotrzeć do rozgłośni radiowych, by wedrzeć się – nomen omen – przebojem na festiwalowe sceny.

Zbiór” jako płyta jest tym, co na naszej scenie jest bardzo potrzebne. To dobra zmiana dla Dawida Podsiadły, który niemal zdominował scenę muzyki pop, która balansuje pomiędzy piosenką radiową, do powtarzania przy ognisku i nie tylko (tytułowe nagranie jest już przejmowane jako pierwszy taniec młodych par), a potrzebą posłuchania dźwięków dobrze zaaranżowanych, wyprodukowanych. Takich, które cieszą uszy sporej grupy słuchaczy, którzy lubią wiedzieć, co dzieje się nie tylko w alternatywie.

Jest tu sporo więcej przebojowego dobra, niż to, które już znacie z eteru. „Kim”, „Dym” czy „Z bliska widać mniej” to kolejne propozycje w kolejce do kroplówki, do której co chwila artysta podłącza spragnione solidnego popu po polsku rozgłośnie radiowe.

Baranovski bawi się konwencjami. Jest tu i ballada, i zagrywki gitarowe, które tak dobrze kojarzą się nam od czasu „Początku”. Kiedy trzeba refren jest wzmocniony i chórkiem i sekcją dętą. Wszystko tu się zgadza i sprawia, że do albumu będziemy chcieli powracać. A kiedy wokalista przyjedzie do naszego miasta, pójść na koncert i zaśpiewać razem z nim.

O taki pop (czasami poprock) walczyliśmy.

Baranovski "Zbór"; Warner