"SuperHeavy" to płyta nierówna, nijaka i nudna. Jedynym, który sprostał zadaniu, jest wokalista Rolling Stones. Dziadek Mick wyczynia swoim głosem rzeczy, o których dawno zapomniał w rodzimej kapeli. Zachwyca szczególnie, melodyjnie wrzeszcząc w reggae’owym "Miracle Worker". Reszta muzyków pozostaje w cieniu. Wokal Stone jest prześwitujący jak folia do pakowania kanapek, a gitara Stewarta bezbarwna.

Założyciel Eurythmics mówił mi kilka tygodni temu w wywiadzie o radosnej i luźnej atmosferze, jaka panowała podczas nagrywania "SuperHeavy". Poza małymi wyjątkami (otwierający płytę kawałek "SuperHeavy") dobra atmosfera niestety nie przeniosła się na jakość. To tak, jakby aktorzy zaangażowani do filmu "Niezniszczalni" mieli zagrać w komedii romantycznej dla 12-letnich dziewczynek. Muzycy nie czują się najlepiej w reggae’owo-popowym miksie. Poza Jaggerem słychać to dobitnie. Może mniej gwiazd oznaczałoby więcej gwiazdek dla "SuperHeavy".

SUPERHEAVY | SuperHeavy | Universal Music