Podobno twoją najlepszą częścią dnia jest czas, który spędzasz, ćwicząc. Czyli twoje sceniczne występy – spoken word – są na drugim miejscu?

Henry Rollins: Ćwiczenia są w zasadzie częścią występu. Mieszczą się w rytuale, który panuje podczas mojej trasy koncertowej. Przygotowania do konkretnego występu zaczynam pięć godzin przed nim i ćwiczenia są pierwszą i bardzo istotną częścią tego procesu. Jedną ze składowych dobrego występu jest właśnie przygotowanie swojego ciała. Na sali gimnastycznej czy siłowni, słuchając muzyki, zaczynam się koncentrować, skupiam się na tym, co wydarzy się przed publicznością. Po wysiłku na sali myję się, jem, czasami drzemię. Później próba. I oczekiwanie na sam występ. On jest najważniejszą częścią dnia i mojego życia. Dlatego tak starannie się do niego przygotowuje. Nie mogę sobie pozwolić na zawiedzenie publiki. Tu nie chodzi o to, że ty kupiłeś bilet, a ja mam twoje pieniądze, tylko o czas, który mi poświęcasz. To jest najcenniejsze. Chodzi więc o to, żebyś nawet przez chwilę nie czuł, że straciłeś swój czas.

Złote zasady mówionego występu?

Przede wszystkim nie być nudnym. Ważne, żeby mówić w najbardziej dokładny i przejrzysty sposób. Żeby się nie rozgadywać. Jeżeli za dużo skupiasz się na jakimś temacie, to znaczy, że nie przygotowałeś się dostatecznie, aby szybciej dojść do clue wypowiedzi. Kilka minut mówię, co mam do powiedzenia, i ruszam dalej. Ważne też, by publika wiedziała, że nie nauczyłeś się na pamięć swojego występu. Jak mówiłem, dokładnie się do każdego przygotowuję, ale samo show to improwizacja. Nie wymyślam wcześniej żartów, gotowych wypowiedzi. Reaguje na to, jak to, co mówię, odbiera publika.

Jakie są proporcje humoru do poważnej polityki, ekonomii?

Staram się, żeby w moich występach było sporo humoru, ale czasami w tym, co mówię, nie ma nic śmiesznego, więc jest poważnie. Kiedy mieliśmy rok wyborów prezydenckich w Stanach, oczywiście sporo było polityki. Łatwo było mówić o Bushu, bo to komediowa postać. Ten człowiek żyje w zupełnie w innym świecie niż ja. Byłby doskonały w komedii, jest zabawny w swoim bujaniu w obłokach. Za każdym razem, kiedy mówi, jest zresztą równie śmieszny, co przerażający. Przecież administracja Busha zabiła na świecie setki ludzi i wielu z jego współpracowników powinno być teraz w więzieniu.

Od lat nie pijesz alkoholu i nie palisz. Twoje życie koncertowe nie przypomina więc legend o wiecznym imprezowaniu rockmanów.

W ogóle nie przypomina. Zresztą osób, które ze mną jeżdżą na trasy, też nie. Kierowca, menadżer też nie piją i nie palą – żyjemy w spokojnej symbiozie. Po koncercie nie biorę dziewczyn do autobusu, nie wychodzę z kumplami na imprezę do miasta. Wszyscy wiedzą, że po show skieruję się do swojego tourowego autobusu, czekają więc przed nim. Rozmawiamy, dopytują się o to, co mówiłem podczas show, chcą, żebym niektóre wypowiedzi wyjaśnił, doprecyzował. Robimy sobie zdjęcia. Kiedy już wejdę do autobusu, tradycyjnie zasiadam do kolacji z herbatą – to chyba najostrzejsza rzecz, jaką piję. Przeglądam internet, oglądam wiadomości, odpoczywam. Występy są dla mnie jak egzaminy. Stresuję się nimi, dlatego po każdym show jestem wyczerpany.

Powiedziałeś kiedyś, że jesteś uosobieniem naszego (widowni) wkurzenia na świat. Z biegiem lat to wkurzenie się u ciebie pogłębia czy zmniejsza?

Niestety im jestem starszy, tym staję się bardziej wściekły. Nie chodzi tu o to, że wkurzam się, na przykład na to, że jakaś dziewczyna nie chce się ze mną spotkać. Wkurzam się jako człowiek na wojny, homofobię, rasizm, niesprawiedliwość. Pogłębia to fakt, że dużo podróżuję – widzę przez to więcej zła. Chodząc po ulicach stolicy Haiti Port-au-Prince, nie trudno odczuć, że świat o niektórych miejscach zapomina. I stąd pochodzi mój gniew.

Nie tylko dajesz sporo wywiadów, ale też sam je przeprowadzasz. Co jest dla ciebie najtrudniejsze w wywiadach?

Pytania. One zdradzają, czy przygotowałeś się do tematu. Ważne, by nie powtarzać pytań, które już padały w poprzednich spotkaniach. Rozmówca musi się nami zainteresować. Dla "National Geographic" zrobiłem wiele wywiadów z muzykami albo z ludźmi, którzy jedzą szczury, z przedstawicielami irlandzkiej partii Sinn Féin czy członkami rządów afrykańskich. Zawsze okazywałem szacunek dla rozmówcy i że naprawdę zależy mi na rozmowie z nim. Teraz, kiedy wiem, jak się dla gazet realizuje wywiady, spisuje, redaguje, sam inaczej ich udzielam. Mówię jasno, konkretnie, wyraźnie. Brakiem szacunku jest dla mnie udzielanie odpowiedzi typu "tak", lub "nie". Jeżeli już zgodziłeś się na wywiad, to nie powinieneś tak reagować. Nawet jak jestem w złym humorze, staram się tego nie pokazywać. Poza tym zawsze zgadzam się na wywiady. Jestem otwarty na rozmowę. Niezależnie, czy chce jej prestiżowy magazyn, czy szkolna gazetka.

Czyli w swoim życiu częściej mówisz "tak" niż "nie"?

Zdecydowanie tak. Czasami wydaje mi się, że nawet za często.

Czego oczekujesz od polskiego występu?

Byłem u was tylko raz, w 1996 r. jeszcze z Rollins Band, dlatego bardzo cieszę się, że znowu przyjeżdżam. Jedyne, na co liczę to, że zostanę dobrze zrozumiany. 50-letni, siwy facet mówiący po angielsku, który chce, żeby między nami sprzęgło – to wszystko, co mogę zaoferować. Wy macie przewagę, bo mówicie przynajmniej w dwóch językach, ja tego nie potrafię. Mówię tylko po angielsku. Mam nadzieję, że jednak pojawicie się na moim występie.

Henry Rollins | Off Festival, Scena Eksperymentalna | niedziela, godz. 23.00