Zespół Pectus tworzy obecnie czterech braci Szczepaników – Maciej, Mateusz, Marek i ty. 5 lutego ukazuje się album o znamiennej nazwie "Siła braci". Jak to jest być firmą rodzinną na scenie?

Tomasz Szczepanik: Czujemy się ze sobą fenomenalnie! Tak było zresztą zawsze – od dzieciństwa, kiedy grywaliśmy razem w piłkę. Teraz oprócz tego mamy w sobie energię i świeżość ludzi, którzy właśnie zeszli się na scenie. Mamy też wzajemną bliskość, szacunek i miłość zaszczepioną nam przez rodziców. Wszystko to chcemy przekazywać fanom ze sceny i poprzez płytę "Siła braci".

Bywały i są na polskiej scenie śpiewające małżeństwa czy rodzeństwa – choćby bracia Cugowscy. Ale ich jest dwójka, a was czterech!

Zdajemy sobie sprawę z tego, że to ewenement. W historii polskiej muzyki chyba jeszcze tego nie było. Dla nas to też jest wyzwanie, by przekonać do siebie i swojej muzyki publiczność, udowodnić, że jest w nas ta tytułowa siła i zarazić nią.

Każdy z was gra na innym instrumencie. Umówiliście się co do tego kilka lat temu?

Nie mam pojęcia jak to się stało, że każdy zainteresował się innym instrumentem Ja zawsze byłem wokalistą. Marka, jednego z bliźniaków od początku ciągnęło do perkusji – od małego walił drewnianymi łyżkami w garnki i pokrywki. Drugiego z bliźniaków, Mateusza zawsze fascynowała gitara basowa. Z kolei Maciek, najmłodszy, od początku był gitarzystą. Kiedy więc dostaliśmy od losu taką szansę, by grać razem, postanowiliśmy to wykorzystać. Najbardziej chyba cieszy się z tego powodu nasza mama, która od zawsze marzyła, by nas razem zobaczyć na scenie.

Zanim stanęliście na scenie w czwórkę, Pectus działał w innym składzie.

Zespół powstał w Rzeszowie. Zaprosiłem do niego kilku muzyków, ale nasze drogi na scenie jakiś czas temu się rozeszły. Jednak to ja jestem autorem repertuaru Pectus, w tym największych dotychczasowych przebojów grupy takich jak "Jeden moment", "To, co chciałbym ci dać", "Oceany" "Życie na dystans" czy najnowszej "Barcelony".

W sprawie zespołu miał rozstrzygać sąd. Zapadły już jakieś decyzje?

Zapadła ta dla mnie najważniejsza, dotycząca repertuaru – od 1 stycznia tego roku nikt nie może wykonywać publicznie bez mojej zgody utworów grupy Pectus. Wolałbym jednak już do tego nie wracać, bo był to dla mnie trudny czas. Ale i ważny sygnał do nowego otwarcia. Postanowiłem to wykorzystać zapraszając na scenę braci. Przed nami mam nadzieję dużo dobrego.

Zespół w nowym składzie podbił rozgłośnie piosenką "Barcelona".

Siła tego utworu to nie tylko gorące południowe rytmy, świeżość i lekkość hiszpańskiej gitary, ale też autentyczna historia, która wydarzyła się w moim otoczeniu. To piosenka, zresztą jak wiele innych na płycie "Siła braci", inspirowana prawdziwymi zdarzeniami. Trzy moje znajome, każda z innym bagażem życiowych doświadczeń i w innym momencie życia, wyjechały na weekend do Barcelony. Po powrocie zmieniło im się życie – osobiste, prywatne, zawodowe.

Przypominacie też na płycie o wielkich i ważnych uczuciach, takich jak miłość czy prawdziwa przyjaźń.

One też zostały opisane piosenkami, w których są historie dotyczące mnie bezpośrednio. "Mój przyjacielu" na przykład to piosenka o tym, że kiedyś potrzebowałem pomocy i wsparcia kogoś mi bliskiego, a jego nie było. W utworze "Drzewo" opisałem mojego dobrego znajomego, który bardzo kochał życie, swoich bliskich, był prezesem jednej z największych firm. Potem dowiedział się, że ma raka i w niecałe trzy miesiące odszedł. A płytę rozpoczyna utwór "Szkoła marzeń", muzyczna opowieść o czterech chłopcach, którzy chcą podbijać świat i marzą o tym, by być gwiazdami muzyki.

Kto rozwiąże zagadkę o kim mowa, dostanie waszą płytę?

Trudna zagadka, prawda Ale płytę, oczywiście!!!