Trzy dekady w tym samym zespole – czy to się panu nie znudziło?
Grzegorz Markowski: Chaos, który codziennie, co minutę, co godzinę proponuje świat nie daje spokoju, a w życiu musi być jakiś constans. Trzeba się mieć do czego odwołać, mieć oparcie, coś stałego. Ja odwołuję się do Stwórcy za grzechy rocka. O związek z żoną bardzo dbam, wciąż kupuję jej kwiaty. Wiem, że mam swoje wady, bywam niecierpliwy i staram się jej to rekompensować. Każdy artysta to świr, a ten zawód kosztuje wiele energii, miazga się człowiekowi z mózgu robi, gdy wysoki głos rezonuje w głowie.

Stawia pan opór dzisiejszej rzeczywistości?
– Tak, nie mam komórki, nie korzystam z komputera. Dziś zamiast kontaktu z drugim człowiekiem ważniejsza jest komórka czy urządzenia, których nawet nazwać nie potrafię. Dlatego nie znoszę czatów, bo jak odpowiadać na pytania, gdy nie wiem, kto je zadaje – nie wiem, ile ma lat, jakiej jest płci, nie słyszę głosu.

Denerwuje pana widok osób z komórkami przy uszach?
– Obserwowałem ostatnio, jak na stacji benzynowej zatrzymał się autokar z młodzieżą. Wyszli i zamiast ze sobą porozmawiać to dalej międlili w rękach te telefony. Już nikt do siebie nawzajem nie mówi, gadamy do urządzeń. Zresztą czym jest teraz rozmowa? Słowa stają się fałszywe, coraz częściej to klucze do manipulacji. Ja wolę dotyk i patrzenie w oczy. Choć gdy słyszę zwykłe "proszę", nie umiem powiedzieć "nie".

Pana brat, ks. dr Rafał Markowski jest wykładowcą Katedry Fenomenologii Religii Instytutu Teologii Ogólnej Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, a także założycielem Radia Józef. Czy ma pan okazję rozmawiać z nim na tematy wiary, sytuacji Kościoła w Polsce i na świecie?
– Spotykamy się rzadko, a rozmowa na takie tematy, jak się ma trzy, cztery godziny na spotkanie, nie ma sensu. Rafał ma piękne i czyste spojrzenie na te sprawy, jest bardzo lubiany przez studentów, był nawet wykładowcą roku. Akceptują go młodzi, jest ich autorytetem. Pamiętam, jak będąc na uczelni udzielałem wywiadu, a on miał wykład – dostaliśmy takie same brawa. Rozmowy na tematy wiary i sytuacji Kościoła zostawiam na wakacje, na które staram się go wyciągnąć. Zazwyczaj wiosną lub jesienią wyjeżdżamy na południe – do Grecji albo Hiszpanii. Ale nie są to męskie spotkania, a raczej cygańskie wyprawy, którym towarzyszy gwar, śmiech, kąpiele w nocy. Jedzie moja żona, córka Patrycja z Jackiem i pięcioletnim synem Filipem, czasem dołącza mój szwagier.

Który z utworów ma dla pana szczególne znaczenie?
– Rozmawiałem kiedyś z kobietą, której zmarła matka i "Niepokonani" towarzyszyli jej w tym smutku, jakby ten utwór był modlitwą. Bo ja modlę się piosenkami, śpiewam też dla tych, którzy odeszli. Co więcej można zrobić? Ważny jest też dla mnie utwór "Niewiele ci mogę dać", natomiast "Autobiografię" traktuję jako spowiedź życia. Istotne jest też "Objazdowe nieme kino"; to hołd składany ofiarom kopalni Wujek, misterium muzyczne, a nie piosenka. Po jego wykonaniu ludzie zazwyczaj nie klaszczą, raczej pogrążają się w zadumie.

W karierze udzielał się pan w... firmie budowlanej, w latach 80. pracował jako malarz przy budowie początkowych stacji warszawskiego metra. Jak pan wspomina dziś ten czas?
– Ojciec prowadził firmę budowlaną, którą po jego śmierci przejąłem. Zajmowałem się więc bardziej jej administracją, ale wiadomo, że nieraz trzeba było pracować fizycznie, brudząc się farbami, rozpuszczalnikami, czy wożąc towar. To dodaje mi teraz sił, bo w życiu trzeba mieć alternatywę, a ja poczułem się wtedy facetem niezależnym. Ja potrzebowałem zwykłej pracy, bo estrada nie jest zaczarowanym miejscem. Za czasów komuny nie miałem ochoty siedzieć w show-biznesie, bo co to były za czasy? Było przaśnie, piło się wódkę, bo nie było porządnego sprzętu, na którym można by grać.

Czy myśli pan o kolejnej płycie?
– Już nie myślę, tylko nad nią pracujemy. Premiera – wiosną przyszłego roku. Będzie to szczególny krążek, wyjątkowy, bo być może ostatni. W końcu mam te sześćdziesiąt lat, a zespół Perfect nie jest już modny. Radiostacje są kapryśne, puszczają coraz mniej dobrej muzyki. Oczekiwałbym więcej Rolling Stonesów, Pink Floydów, a nie tej sieczki. Nasza płyta będzie bardziej surowa, nie zabraknie bluesa, ballad. Obecnie mamy demo 16 piosenek. Nagranie jednej to miesiąc pracy całego zespołu.

Ale spotkań z fanami Perfect nie zaniedbuje?
– Gramy przede wszystkim dla ludzi, a że jeszcze chcą nas słuchać, to wychodzimy im naprzeciw. W maju odbył się zlot FC Adrenalina w Łodzi, na którym oczywiście byliśmy, aby spotkać się z naszymi przyjaciółmi. Od połowy czerwca mamy sporo koncertów, z takim wyjątkowym, bo "wielkim", 20 czerwca w Sali Kongresowej w Warszawie.

Pana sąsiadem był m.in. mistrz olimpijski z Montrealu w skoku o tyczce Tadeusz Ślusarski...
– To prawda, przez 20 lat. W moim sercu zajmuje honorowe miejsce. Krystalicznie czysty sportowiec, człowiek o niezwykłym charakterze. Żal, że w bezsensownym wypadku samochodowym stracił życie.

Jak pan patrzy dziś na to, co się dzieje w sporcie?
– Zrobił się jak show-biznes. Treści i umiejętności w nim nie za dużo, więcej kolorowych obrazków, nadmuchanych przez media. Tanie igrzyska, przekupny świat. Piłkarze osiągają takie ceny na swoich giełdach, że aż zatyka. A potem człowiek jedzie do Afryki i widzi, że ludzie żyć muszą za pół dolara dziennie.

Ma pan niechęć do sportu?
– Jakieś osiem lat temu oglądałem w USA na żywo walkę bokserską. Po wyrównanym pojedynku młody Rosjanin zmarł na deskach. Pamiętam do dziś jego twarz. To był dramat, który ostudził moją pasję do sportu, co nie oznacza, że wykreśliłem aktywność fizyczną z mojego życia. Chodzę na siłownię, bo nie chcę, aby krople potu spływały mi już po pierwszej piosence. Odbywam długie spacery, czasem idę na basen w Józefowie.

Grzegorz Markowski urodził się 23 września 1953 roku w Józefowie pod Warszawą. Zaczynał w wieku 18 lat od śpiewania w amatorskiej grupie Watabah. W 1975 roku wystąpił po raz pierwszy przed szerszą publicznością podczas opolskiego festiwalu "Debiuty". Od 1980 roku jest wokalistą rockowego zespołu "Perfect". Jego głos można usłyszeć także w serialach, m.in. "07 zgłoś się", "W labiryncie", "Ekstradycja". W roku 1999 brał udział w nagraniu utworu "Osiem błogosławieństw" z okazji pielgrzymki Jana Pawła II do Polski. Od lat udziela się charytatywnie, wspomaga wiele fundacji, jest m.in. członkiem Stowarzyszenia Integracji z Artystami Niepełnosprawnymi - Dom Muzyki.