Marcin Cichoński: Jak byś podsumowała to, jak album „Bang!” został przyjęty? Z mojej perspektywy to był głośny i dość dobrze odebrany powrót…
Reni Jusis: Podchodzę z pokorą do życia, więc nie nastawiałam się na coś specjalnego. Miałam niepowtarzalną okazję, by nagrywać płytę bez oczekiwań i presji. Dla mnie sama decyzja też była zaskoczeniem, bardzo długo nie mogłam się zebrać, żeby znów nagrywać. Życie bardzo szybko płynęło, chciałam skupić się na rodzinie, urodziłam jedno dziecko zaraz po drugim. I potem pojawiła się spontaniczna decyzja o nagrywaniu, a potem równie spontaniczna decyzja o wydaniu płyty, ale za tym nie szły jakieś specjalne oczekiwania. Gdybym myślała już wtedy, jak to może być przyjęte, wpadłabym może w jakąś kalkulację. W życiu i działaniu lubię spontaniczność. A poza tym mam charakter, który podpowiada mi podejście: jest ryzyko - jest fun. Lubię robić rzeczy po prąd. Wydawało mi się, że ta płyta jest na tyle odjechana, że może być zupełnie niezrozumiała. Ale potem okazało się, gdy zaczęły schodzić pierwsze recenzje, że to zostało docenione. Mówiono, że płyta jest progresywna, awangardowa, co jest dla mnie ogromnym komplementem. W pewnym momencie przestałam jednak czytać recenzje, mimo że wszyscy podsyłali mi je, zachęcając: no zobacz, no zobacz. Przestałam, bo znowu będę czuła presję, zaczną się pytania: no dobra - ale co z następną płytą?

Może za dużo pochwał? Może byś się bardziej nakręciła, gdyby ktoś ci pogroził palcem, wskazał jakieś braki…
Nie chodzi o to. Mam poczucie, że ludzie mi zaufali, więc pojawiło się we mnie takie poczucie, mobilizacja, by ich nie zawieść. Przypomniała mi się koncepcja wychowania dzieci - bez kar i nagród. Czyli robisz coś - w tym przypadku muzykę - dla przyjemności, dla poczucia przepływającej przez ciebie energii, a nie dla marchewki. Po przeczytaniu kilku bardzo wspierających recenzji mam poczucie, że skończyła się beztroska i niewinność, że trzeba będzie sprostać nadziejom, które są pokładane w następną płytę. Robi się więc sytuacja, za którą ja osobiście nie przepadam.

Lubię natomiast grać koncerty - w sumie chyba dlatego wróciłam na scenę. Rok temu, oglądając inne występy, poczułam, że chciałabym być znów po drugiej stronie barykady. I to mnie zmotywowało, zatęskniłam również za pisaniem piosenek jako formą wyrażania siebie. Teraz mam nadzieję, że polem bitwy będą dla mnie właśnie koncerty. By zobaczyć, jak ludzie reagują na utwory, również ci, którzy do tej pory mnie nie znali. A jest dobrze - na przykład koncert w Szczecinie z połowy czerwca to chyba był nasz najlepszy występ w ogóle.

Recenzje były rzeczywiście dobre, odbiór płyty przez fanów - też. Płyta zgodnie z twym opisem jest nowoczesna, ale nade wszystko jest przebojowa, z chwytliwymi melodiami. I zobacz - chociaż masz na swoim koncie doskonale rozpoznawalne hity z przeszłości, nie trafiłaś do rozgłośni radiowych. Tłuczesz głową w szklany sufit z etykietką "pop-rock". Z czego to wynika, że albo publiczność, albo ludzie zarządzający radiami, nie są w stanie przyjąć takiej muzyki?
Właśnie nie wydaje mi się, że to publiczność nie jest na to gotowa. Wydaje mi się, że mówiąc o osobach zarządzających, dotknąłeś sedna. Ale jednocześnie mam wrażenie, że osoby grające muzykę niszową raczej nie stawiają na przebicie się do tradycyjnych mediów i stawiają głównie na sieć. Ja od ośmiu lat nie mam w domu telewizora. Mam poczucie, że życie w moim środowisku toczy się wokół internetu. A jeśli spojrzeć na to, co grają radia - z tego co słyszę, to tam się niewiele zmienia. Wiadomo, że ze względu na wyniki słuchalności zawsze podejmowane będą decyzje schlebiające szerokim gustom.

Ale przez to zaczynamy żyć w schizofrenii. Ty - i nie tylko ty - mówisz o koncertach, o fajnym przyjęciu. Płyty z elektroniką nie zalegają, sprzedają się, podobnie jest w innych niszach. Jeśli zaś porównamy listę dwudziestu najpopularniejszych utworów z rozgłośni radiowych z listą najpopularniejszych płyt - to te światy się całkowicie rozmijają. Nie ma ani jednej wspólnej pozycji.
Ale czy tak jest teraz, czy tak było zawsze? Rozmawiałam ostatnio z Michałem Wasilewskim z Xxanaxxu, którego podobno dziennikarze często pytają, dlaczego taneczna muzyka Reni kiedyś była w radiu, a ich teraz nie ma. Ale mojej muzyki też teraz prawie nie ma. Wydaje mi się, że podjęto kiedyś taką próbę, ale z tego zrezygnowano, bo chyba pop i poprock jest nadal szerzej słuchany. Myślę, że rynek bardzo się podzielił. Jedni nadal chodzą na imprezy takie jak dni miast i oglądają w telewizji festiwale w Sopocie i Opolu. A inna grupa - nie jestem w stanie ocenić, która jest większa - jeździ na festiwale, m.in. z muzyką elektroniczną i alternatywnym rockiem. No i ta druga część chyba nie jest w żadnym stopniu zainteresowana tym, co się dzieje w mediach komercyjnych. Oni już dawno odkryli, że polskie radia to nie BBC, w którym jest otwartość na nowe brzmienia. Radia słucham w taksówce albo w sklepie i ciągle słyszę tam te same utwory z lat osiemdziesiątych na przemian z polskimi piosenkami poprockowymi. Oczywiście są takie wyjątki jak Trójka, ale wiadomo, jedna jaskółka wiosny nie czyni.

Może to jest też dowód na to, że nasze życie toczy się gdzie indziej, m.in. na portalach streamingowych. I dlatego pewnie nie mamy nawet poczucia straty czy alienacji, bo przez ten czas stworzyliśmy sobie własne miejsca, gdzie spotykamy się ze swoją publicznością i się z nią kontaktujemy bez poczucia, że coś nas omija. Może też trzeba zadać sobie pytanie, ilu Polaków jest zainteresowanych taką muzyką, jaką my gramy, bo jeździmy z koncertami raczej po dużych miastach.

Ostatnio w "Newsweeku" mówiłaś o swej fascynacji Woody'm Allenem i ogólnie kinem. Co by się musiało stać, byś napisała muzykę do filmu? Przyjęłabyś każdą propozycję?
(po dłuższej chwili i westchnieniu) …kiedyś dostałam nawet taką propozycję. Złożyła mi ją Magda Prokopowicz, nieżyjąca już założycielka fundacji Rak’n’roll. Film "Chemia" powstawał jeszcze za jej życia, bo scenariusz do tego filmu pisało życie. A ponieważ byłyśmy przyjaciółkami, w sposób naturalny myślałyśmy, że ja zajmę się stworzeniem muzyki do filmu. Magda odeszła, a ja do dziś nie mogę się z tym pogodzić. Próbowałam napisać na nową płytę piosenkę o mojej tęsknocie do Magdy. Ale zostawiłam ją po zaśpiewaniu dwóch wersów, bo nie jestem jeszcze w stanie zapanować nad emocjami… Nie byłabym zdolna podejść do tego tematu, więc cieszę się, że losy tego filmu potoczyły się swoim torem.

Czy chciałabym oprócz tego stworzyć muzykę do filmu? Trzeba być ostrożnym z życzeniami, które się wypowiada głośno, bo one lubią się spełniać. Pewnie teraz sprzedam pomysł, ale pociąga mnie tworzenie muzyki instrumentalnej, która jest tworzona samym głosem, to doskonałe miejsce do eksperymentów. Ale wszystko w swoim czasie. Poza tym jestem fanką twórczości Komedy i uważam, że jego muzyka jest nierozerwalną częścią dzieł Polańskiego. Kiedy jej słucham, mam konkretne obrazy przed oczami. Tak samo mam zresztą z muzyką Kilara - ona powoduje u mnie dreszcze. To są moi niedoścignieni Mistrzowie.

Obserwując twe koncerty i słuchając twej muzyki, mam wrażenie, że nigdy nie miałaś problemu z myśleniem obrazem i instynktownym łączeniem go z dźwiękiem. I że gdyby ci dać obrazy, tobie muzyka sama by do tego zagrała.
Rzeczywiście, inspirują mnie obrazy. Już jako dziecko uwielbiałam jeździć z rodzicami autem, kładłam głowę bardzo płasko na tylnym siedzeniu i patrzyłam na gwiazdy albo na to, co widzę za oknem, słuchałam muzyki z radia i... wszystko to układało mi się w teledysk.

Gdy zaczynałam pracę na ostatnią płytą, najpierw zabrałam się za pisanie esejów, po jakimś czasie zaczęłam w nie wplatać zdjęcia oraz linki do filmów, do konkretnych scen.
Pisząc utwory, często widzę gotowe scenariusze do teledysków, wizualizuję je sobie. Wydaje mi się, że dziś strona wizualna jest nierozerwalną częścią muzycznych projektów. I sama, słuchając muzyki, mam błyskawicznie skojarzenia - kiedy słucham War On Drugs, podróżuję wielkim tirem. Kiedy sięgam po moje ulubione Tame Impala, to widzę rozmazane, psychodeliczne obrazy. To powoduje, że oglądam mniej teledysków, sięgając bardziej po własne wizualizacje. To wzbogaca dla mnie odbiór muzyki. Odkąd zrezygnowałam ze śledzenia tradycyjnych mediów, sama decyduję, czego słucham, a moja wyobraźnia pracuje na wyższych obrotach.

A coś takiego, co ostatnio spopularyzowała dzięki Tidalowi Beyonce, czyli visual album - kiedy zamiast słuchać muzyki, oglądamy długi, trwający 1h15 teledysk - pociąga cię?
To moje marzenie!