Zna pan jakieś dowcipy o Wąchocku?
Stanisław Soyka: W Wąchocku cegły spadają w drewnianym kościele, zaś autobusy jeżdżą całą szerokością ulicy, bo wszyscy pasażerowie chcą jechać z przodu. W czasach szkolnych się z tego śmiałem.

Ale chyba nie dlatego, że Wąchock to kawałogenne miejsce, nagrał pan tam płytę?
Wąchock to piękna miejscowość w Górach Świętokrzyskich nad rzeką Kamienną, założona przez cystersów w 1180 roku. Mieszkał tam zmarły kilka miesięcy temu Michał Zduniak, mój przyjaciel, wybitny perkusista. W starym kamiennym budynku gospodarczym w swojej posiadłości wybudował pomieszczenie, które znakomicie wytłumił. Okazało się, że można tam nagrywać. W 2004 roku po koncercie w Kielcach z zespołem pojechaliśmy do Michasia na jam. Graliśmy zaciekle, skończyliśmy nad ranem. Poczuliśmy, że jesteśmy u siebie. Okazało się, że jego studio jest stworzone dla ensemble takich jak nasz, które grają stuprocentowo. Najnowszą płytę nagraliśmy na żywo, potem dodając elementy ozdobne - śpiewy, sekcje dęte czy akordeon. Przez pierwsze dwa lata pracy w Wąchocku formowaliśmy się. Potem pojawiły się nowe utwory i okazało się, że w tamtejszym powietrzu zaczęliśmy uzyskiwać coś specyficznego.


A więc zaczynem albumu było doświadczenie miejsca i spotkanie?
Znaliśmy się z Michałem Zduniakiem dwadzieścia lat. Łączyła nas wrażliwość, choć podążaliśmy innymi ścieżkami - on był artystą awangardowym, zaś ja jestem uporządkowanym konserwatywnie durmollowcem. Przyjaźń wynikała z obopólnej fascynacji. Z jego strony była to miłość do mojej muzykalności, a mnie kusiło, żeby pobrudzić, powykrzywiać ten dur-moll i jakoś to się uzupełniało. Spotkaliśmy się, kiedy grałem w kwintecie. Miałem zamiar sprawdzić taką opcję: z jednej strony zlikwidować stopę, ponieważ uważam, że to ona powoduje, że wpada się w koleiny stylistyczne - zawsze będzie jakiś blues, rock and roll, soul, swing. Poza tym korciło mnie, żeby zobaczyć, jak zabrzmi w zespole trzech perkusistów, z których każdy będzie wykonywał swoje zadanie. Nie chodziło o cyrkowe popisy, ale stworzenie bogatej faktury, która będzie pulsowała bogactwem kolorów. No i Michaś zjawił się jak na zamówienie. To było spotkanie totalne, które ma miejsce wtedy, kiedy muzycy nie muszą sobie niczego tłumaczyć, rozumieją się bez słów. Po odejściu Michasia wciąż pracujemy w Wąchocku, nagrywamy kolejny album.

Dlaczego umieścił pan na płycie piosenkę do wiersza "Stary człowiek ogląda TV" Czesława Miłosza?
Miłosz niezwykle trafnie opisał pewne stany próżności, dziecięce choroby, które przechodzimy. Kiedyś nie mieliśmy swojej Sandry czy Sabriny, a dziś mamy Dodę i Mandarynę. Zachowuję spokój, bo jestem przekonany, że szmira ma krótkie nogi. Pamiętam panikę, jaką wywołało disco polo. Niepotrzebnie, bo po prostu ujawniła się strefa kultury ludowej w czasach PRL trzymana pod łóżkiem. Przez pięćdziesiąt lat monopol na ludowość miały Cepelia oraz zespoły Mazowsze i Śląsk. Wraz z wolnością przyszło disco polo, muzyka do tancbudy, i nic się nie stało. Przez pięć lat sprzedali 30 milionów kaset magnetofonowych i innych nośników, a teraz pięć tysięcy rocznie. Ten nurt funkcjonuje obok bardziej ambitnych i nie ma co się obrażać, lecz dokonywać wyboru.


Ale jak niewyedukowane muzycznie społeczeństwo ma dokonać właściwego wyboru?
Za ten stan rzeczy winę ponoszą media, zwłaszcza te, które mają obowiązek misji publicznej. Szefowie TVP twierdzą, że obniżają loty, bo muszą przetrwać. Tego nie rozumiem. Dlaczego nie można obligatoryjnie ściągać pieniędzy na abonament z podatków, a potem stworzyć ciało kontrolujące finanse i proces tworzenia programów edukacyjnych? Dziś w Polsce nikt nie ma odwagi tego zrobić. Świat niezwykle szybko się zmienia, a my mamy kiepskich zawiadowców, którym zleciliśmy zarządzanie tym fragmentem narodowego gospodarstwa. Czy pytamy się dzieci, czy lubią chodzić do szkoły? Oczywiście, że nie. Co więcej, nie znam dziecka, które lubiłoby chodzić szkoły, przynajmniej w początkowych klasach. Nie respektujemy ich niezadowolenia, ponieważ chcemy mieć pewien standard, żeby każdy członek naszej społeczności umiał pisać, czytać, liczyć i mieć podstawową wiedzę o świecie. Dlaczego więc w przypadku telewizji, o której edukacyjnej sile nie ma chyba sensu nikogo przekonywać, nie zdecydujemy się na taki krok? W telewizjach publicznych w Anglii i w Niemczech w prime time emitowane są doskonałe filmy dokumentalne i edukacyjne. Talk shows, teleturnieje z udziałem celebrytów pokazują nadawcy prywatni. Telewizja publiczna musi zająć się edukacją społeczną.

To chyba za mało. Bez powrotu nauczania muzyki do szkół nie da się przekonać Polaków, żeby zamiast Dody słuchali Ewy Bem.
To prawda. Na etapie nauczania początkowego prawie w ogóle uczniowie nie mają w szkole kontaktu z muzyką. Dyrektorzy wolą zatrudniać nauczycieli języków obcych. Teraz, żeby to odbudować, trzeba zatrudnić zastępy zawodowców. Z całym szacunkiem, ale nie są nimi absolwenci niemuzycznych uczelni pedagogicznych. Mamy problem, którego nie da się od razu rozwiązać.


A jak pan dziś ocenia swój udział w konwencjach wyborczych PiS?
To nieprzyjemne doświadczenie. Generalnie mamy Polskę partyjną. Do parlamentu głównie trafia żulia polityczna, której jedynym celem jest dorwać się do władzy. Może jestem naiwny, ale uważam, że nie można im odpuszczać, i chodzę na wybory. Gdybym miał określić moje poglądy polityczne, to jest to konserwatyzm liberalny. Występowałem na konwentach PiS w dobrej wierze, liczyłem, że ci goście dościślą państwo, z którego funkcjonowaniem mamy problem. Myślałem, że to zreformują, ale oni zaczęli kryminalizować kraj. Największym rozczarowaniem było fiasko koalicji. Brałem udział w konwentach partii Kaczyńskich z nadzieją, że powstanie PO - PiS. Ale mam nadzieję, że istnieje wyższa ekonomia zbawienia i mimo tych fuszerek idziemy w dobrym kierunku. W ciągu dwudziestu lat Polska nieprawdopodobnie zmieniła się na plus. Zawdzięczamy to sobie, a nie politykom. Czas, żeby oni przestali wchrzaniać się w nasze sprawy i zaczęli pomagać.