Trzeba umieć się zestarzeć - tę maksymę wprowadził w życie w swoich ostatnich latach Johnny Cash. A od czasu wybitnej serii jego albumów "American Recordings" wyprodukowanej przez Ricka Rubina pojawiło się jeszcze kilku śmiałków, którzy również próbowali pochwalić się swoją siwizną, poruszyć zmęczonym głosem, a przy okazji złożyć hołd amerykańskiej tradycji muzycznej - wśród nich m.in. Neil Diamond i Willie Nelson. Teraz przyszła kolej na Toma Jonesa, który na płycie „Praise & Blame” zrzucił wreszcie maskę dyżurnego błazna, przybrał poważną minę bluesowego weterana i zaczął śpiewać utwory John’ego Lee Hookera, Boba Dylana oraz klasyczne pieśni country i gospel.

Reklama

Bez wątpienia jest to sensacyjne dzieło, choć trudno jest je uczciwie ocenić. Pod względem muzycznym można się tylko zachwycić - niezależnie od tego, czy ma się 30 lat czy 50. Repertuar został dobrany idealnie - z jednej strony mamy porywające bluesy, jak brudne "Burning Hell" i ogniste "Lord Help", a z drugiej kawał niezłego rockabilly, takiego jak "Strange Things" i niesamowicie dynamiczne "Run On" porównywalne ze słynnym wykonaniem Elvisa.

Dla równowagi znalazło się tu również miejsce dla kilku mocno sentymentalnych czy wręcz uduchowionych numerów: "What Good Am I i "Ain't No Grav"”. Wszystko nagrane klasycznie na setkę przez blues-rockowy skład pod okiem producenta Ethana Johnsa (znanego m.in. ze współpracy z Kings of Leon), który zadbał o stare soczyste brzmienie. Dzięki temu w tych mocniejszych momentach czuć wręcz energię The White Stripes, a nad tym spokojniejszymi jakby czuwał duch Johnny’ego Casha. Jednym słowem: komercyjny strzał w dziesiątkę. Pytanie tylko, na ile to całe przedsięwzięcie jest szczere i świeże, co sam zresztą artysta lubi podkreślać w wywiadach, a na ile zwyczajnie wyrachowane i żartobliwe, na co mogłyby wskazywać frywolne sesje fotograficzne.

Biorąc pod uwagę cały dotychczasowy dorobek Jonesa, nie trudno zauważyć, że co kilka lat lubi się przefarbować i spróbować czegoś innego – najczęściej tego, co jest akurat w modzie. Wystarczy przypomnieć wielki sukces jego albumu "Reload" z końca lat 90., na którym gościnnie pojawili się m.in. Robbie Williams, The Cardigans, Simply Red, Zucchero, albo nieoczekiwane odejście od country w stronę elektronicznego popu w połowie lat 80. Można powiedzieć, że przez całą karierę Jones śpiewał wszystko - raz na okładkach płyt dumnie prężył muskuły jak David Hasselhoff, a raz elegancko paradował po scenie w garniturze jak Frank Sinatra. Nie zawsze te kolejne wcielenia przekładały się na sukces komercyjny, za to pod względem wyczucia stylu każdy jego singiel był bez zarzutu.

Dziś umiejętnościami wokalnymi może się z nim równać już tylko Prince, chociaż pod względem klasy i dorobku jest między nimi przepaść. Dlatego cieszy fakt, że u schyłku kariery, po ostatniej serii koncertów dla bogatej klienteli kasyn w Las Vegas, Jones znów zdołał wymyślić dla siebie nową rolę. Tym razem nie jest jednak bawidamkiem, lecz dojrzałym wokalistą. Nawet jeśli "Praise & Blame" okaże się tylko chwilowym kaprysem, to Jones będzie mógł powiedzieć, że nagrał jeden solidny album.