Po raz pierwszy od 15 lat skrzyknęła w jednym studiu twórców swojego czwartego, najpopularniejszego albumu "To Bring You My Love" (ponad milion sprzedanych egzemplarzy): szkolnego kumpla Johna Parisha, Micka Harveya (podobieństwo nazwisk przypadkowe – dawny kamrat Nicka Cave’a) oraz producenta Flooda. "Let England Shake" artystycznie przebija "To Bring...".

Od pierwszego, zagranego na elektrycznej miniharfie taktu czuć, że muzyka na tej płycie pełni wobec słów funkcję służebną. To tak naprawdę rodzaj teatru żywego słowa.

Bojowy nastrój ustawia sygnałówka na początku "Glorious Land". Nie mniej silnie brzmią męskie chórki jak przedszkolna wyliczanka ("The Words That Maketh Murder"), szklanki z wodą robiące za prymitywny wibrafon ("On Battleship Hill"). Do współpracy zaprosiła też chór afgańskich kobiet. We wnętrzach XIX-wiecznego kościoła w Dorset stojącego na szczycie klifu, gdzie nagrywano płytę, wszystko brzmi jak orkiestra. Szczególnie "All and Everyone", "The Last Living Rose" czy "In the Dark Places", które mają strukturę klasycznych protest songów.

Bez względu na to, czy zostały zagrane na lirze, gitarze, fortepianie czy saksofonie, nowe piosenki brzmią chwytliwie. To może szokować w przypadku pieśni o wojnie, bólu i ofierze, jaką Anglia musiała zapłacić w 1915 r. na Gallipoli podczas operacji dardanelskiej.

Nie wolno zapominać, że PJ Harvey postawiła sobie za punkt honoru obudzić z letargu nie tylko Wielką Brytanię, ale cały świat, o czym świadczą arabskie śpiewy w "England" i jamajskie zawodzenie w "Written on the Forehead". To jedna z ważniejszych płyt nie tylko roku, ale całej dekady.

PJ HARVEY | Let England Shake | Island/Universal