Dziennik Gazeta Prawana logo

Poza jazzowym nawiasem

23 października 2008, 22:35
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Poza jazzowym nawiasem
Inne
Ulubiony gitarzysta Toma Waitsa i Johna Zorna, genialny improwizator oraz kompozytor Marc Ribot przed koncertem w Polsce opowiada w piątkowym dodatku DZIENNIKA o znaczeniu muzyki Alberta Ayera i jazzowej awangardzie.


Dla mnie Ayler zawsze był ważny - poznałem jego muzykę jeszcze w połowie lat 80., a jego utwory wykonywałem jeszcze z moim składem z okresu albumu "Shrek" oraz solo na "Saints". Jego przypadek jest o tyle ciekawy, że dla niego ważniejszy był sam proces twórczy niż jego efekt. Dlatego wszystkie nagrania traktował jako artefakt, dokumentację rytuału w studiu. Oprócz tego wypracował inne podejście do improwizacji, w którym każdy z muzyków angażuje się w równym stopniu we wspólne granie. Takie myślenie dostrzegłem właśnie w grze Chada Taylora.


Grimes jest ważny nie tylko dlatego, że grał z Aylerem. Przede wszystkim jest autorem najlepszych partii kontrabasu w historii na "Goin’ Home" (w oryginale "Swing Low, Sweet Spiritual"). Nie popisuje się bezmyślnie solówkami ani monotonnymi pochodami harmonicznymi. Wypracował za to własny styl kolektywnej improwizacji w duchu nowoorleańskim. Mam do niego pełne zaufanie - nie muszę kontrolować jego gry. Słuchając go, mam też wrażenie, jakby dla niego czas zatrzymał się po koniec lat 60. Nie mówię tu jednak o jazzie, który dominował w tamtym okresie. Bardziej chodzi mi o jego naturalność - on gra bardzo po ludzku, nie ukrywając swoich słabości.


Pewnie słuchasz więcej płyt ode mnie i masz lepsze rozeznanie w tym, co się teraz dzieje w jazzie. Ja skupiam się na własnym rozwoju. Działam na marginesie jazzu i zawsze podkreślam swój rockowy rodowód. W tej muzyce interesuje mnie głównie energia oraz swoboda, którą znajduje zarówno w twórczości Alberta Aylera, Ornette Colemana, jak i Kubańczyka Arsenio Rodrgiueza czy Toma Waitsa. Za to na pewno nie ma jej w mainstreamowym jazzie.


Osobiście nie przepadam za terminem "awangarda", ale rozumiem skąd się on wziął. Przełom lat 70. i 80. był bardzo istotnym momentem w historii jazzu. Tacy artyści jak Ornette Coleman ze składem z "Prime Time", Henry Threadgill, Sam Rivers czy Anthony Braxton, chcieli odejść od schematu freejazzowej improwizacji, w którym dominował improwizujący solista wspierany przez sekcję rytmiczną. Próbowali też uciec od formalnych ograniczeń narzuconych przez stylistykę bebopu. Słuchaliśmy płyt Aylera, śledziliśmy brytyjską scenę wolnej improwizacji Dereka Bailey czy to, co grali DNA i James Chance związani ze zjawiskiem no-wave. W ten sposób zaczęło się kształtować środowisko downtown, którego przedstawiciele sięgali po różne strategie kompozycji czy gatunki muzyczne, żeby dalej rozwijać nowoczesny jazz.


To prawda, tylko rock pozwala na pokazanie pełni ekspresji tego instrumentu. Dlatego mniej słucham na co dzień gitarzystów, a więcej saksofonistów, bo to oni stali się motorem napędowym współczesnego jazzu. Staram się tłumaczyć ich język na mój własny - gitarzysty. Ten proces przynosi niezwykłe efekty i zmusza do szukania np. innego brzmienia i sposobów artykulacji. Najlepszym przykładem tego był projekt Los Cubanos Postizos, kiedy muzykę kubańską wykonywaną przez big band i wokalistę musiałem zaaranżować na rockowy skład.


Akurat z Waitsem współpracuję dość regularnie od ponad dwudziestu lat i każde spotkanie z nimi jest zaskakujące. To także świetny producent, który potrafi nagrywać w najdziwniejszych miejscach i nie boi się eksperymentów - z nim nie ma prostych rozwiązań. Natomiast w przypadku Planta i Krauss to była zwyczajna robota sidemana. Ale wierz mi, to też może być powodem do dumy.

p

Marc Ribot y Los Cubanos Postizos "The Prosthetic Cubans" (1998)
Najbardziej przebojowy album w dorboku artysty, który wziął tym razem na warsztat klasyczne utwory Arsenio Rodrigueza i uprzedził modę na muzykę kubańską wypromowaną przez film "Buena Vista Social Club".

Marc Ribot "Saints " (2001)
Solowe dzieło gitarzysty, na które złożyły się oryginalne, nieraz dosyć radykalne i jazgotliwie interpretacje utworów Alberta Aylera, Ornette Colemana, Johna Zorna, a nawet The Beatles.

Roy Campbell/Marc Ribot/Henry Grimes/Chad Taylor "Spiritual Unity" (2005)
W doborowej obsadzie z kontrabasistą Henrym Grimesem muzyk składa hołd jednemu ze swoich największych mistrzów - freejazzowemu saksofoniście Albertowi Aylerowi. W repertuarze m.in. klasyczne już "Truth Is Marching In".

Marc Ribot’s Ceramic Dog "Party Intellectuals" (2008)
Najnowszy album nowojorczyka, na którym powraca do swoich rockowych korzeni w trzyosobowym składzie i z jazzową fantazją oraz punkowym temperamentem odgrywa nawet cover "Break on Through".

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj