Dziennik Gazeta Prawana logo

Bluesmanka w operze

21 listopada 2008, 11:46
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Diwa operowa śpiewa bluesa? Barbara Hendricks dowodzi, że klasyczny warsztat nie wyklucza bycia rasowym czarnym wokalistą. Dokonała bowiem niemożliwej z pozoru syntezy. Standardy Bessie Smith, Billie Holiday czy Duke’e Ellingtona nie tracą w jej interpretacjach nic ze swej bluesowej głębi, zmysłowości i elastyczności, zyskując jednocześnie brzmieniową elegancję - czytamy w piątkowym dodatku DZIENNIKA.

"Nigdy nie straciłam kontaktu ze swoimi korzeniami. Przez całą karierę wykonywałam publicznie negro spirituals, a dla przyjemności śpiewałam i słuchałam jazzu" - tłumaczy w wywiadzie dla "Kultury" wybitna amerykańska sopranistka. Barbara Hendricks twierdzi dziś, że gdyby miała głos Arethy Franklin albo Billie Holiday, pewnie poświęciłaby się całkowicie bluesowi, a nie muzyce klasycznej. Przesadna to skromność, wziąwszy pod uwagę znakomite, oryginalne interpretacje zawarte na "Barbara Sings The Blues". Zwłaszcza że wycieczki klasycznych wokalistów w stronę czarnej muzyki prawie zawsze kończą się druzgocąca porażką. Taką, jak zeszłoroczny album "Watch, What Happens" niemieckiego bas-barytona Thomasa Quasthoffa. Jeden z najlepszych śpiewaków średniego pokolenia dał popis sztywniactwa i braku wyczucia stylu. Opera i jazz to po prostu dwa różne typy wrażliwości, odmienne sposoby frazowania, rozumienia rytmu i ekspresji.

Niemożliwej z pozoru syntezy dokonała Barbara Hendricks. Standardy Bessie Smith, Billie Holiday czy Duke’e Ellingtona nie tracą w jej interpretacjach nic ze swej bluesowej głębi, zmysłowości i elastyczności, zyskując jednocześnie brzmieniową elegancję. Hendricks znakomicie równoważy frazy śpiewane w niskich, matowych rejestrach z subtelnie dozowanymi, operowo rozwibrowanymi kulminacjami. Nie bez znaczenia jest też mistrzowski akompaniament cenionego w swingowym świecie Kwartetu Magnusa Lidngrena. Zespół szwedzkiego saksofonisty z namaszczeniem traktuje piękno surowych, bluesowych form. Improwizowane zagrywki - chwilami imponująco nowoczesne - wkomponowane zostają w narrację na prawach nieinwazyjnych ornamentów.

Być może sukces "Barbara Sings The Blues" to wynik szacunku i ostrożności, z jaką Hendricks traktowała zawsze muzyczną spuściznę afroamerykańskiej mniejszości. Na debiut w nieklasycznym repertuarze pozwoliła sobie dopiero w połowie lat 90. jako operowa gwiazda z dwudziestoletnim stażem i opinią królowej Mozartowskich arii. Jazz i blues stanowiły dla niej coś więcej niż muzyczną konwencję. To raczej ubrana w dźwiękowe szaty mitologia narodu dojrzewającego - wedle słów samej artystki - w "realiach realnego apartheidu". Trudna historia, którą trzeba najpierw osobiście przeżyć, zrozumieć i zaangażować się w nią. Nie chodzi bynajmniej tylko o słynną charytatywną działalność sopranistki na rzecz uchodźców, lecz także o trudne doświadczenia z okresu jej dorastania w Ameryce lat 50. i 60. "Drzewa na Południu dają dziwne owoce // Krew na liściach, krew u korzeni" - to słowa standardu "Strange Fruit" z repertuaru Billie Holiday. Dla Barbary Hendricks pozostaną one wspomnieniem tragedii Emmetta Tilla - czarnoskórego chłopaka zamordowanego w 1955 roku za rozmowę z białą dziewczyną.

"Barbara Sings The Blues"
Barbara Hendricks & Magnus Lindgren Quartet
Arte Verum

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj