Czytaj także Radiohead apeluje: Przyjdźcie na nasz koncert pieszo!
>>>
Zespół dowodzony przez introwertycznego wokalistę Thoma Yorka to dziś i zarazem jeden z nielicznych tak popularnych grup (ponad 30
milionów sprzedanych płyt), który ciągle podąża swoją drogą, nie zamieniając się przy okazji w parodię samego siebie. To też jedyna formacja z działki alternatywnej, która przebiła
się do świadomości masowego odbiorcy – mimo że tak naprawdę nigdy o to nie zabiegała.
Paradoksalnie, mimo wszelkich starań Thoma Yorke’a i spółki, aby trzymać się z dala od głównego nurtu i nie schlebiać gustom masowej publiczności, . Podobnie jak Depeche Mode, piątka z Oksfordu świetnie potrafi balansować na krawędzi przystępności i awangardy. Większość ich płyt, mimo undergroundowej otoczki i wiecznie naburmuszonego na artystowską modłę Yorke’a, ma w sobie niewiarygodny popowy potencjał. Radiohead stali się bohaterami nie dlatego, że wymyślili na nowo muzyczne koło, ale dlatego, że potrafili zrobić to, co pół wieku temu Beatlesi – połączyli ludzi – jakkolwiek banalnie i naiwnie to zabrzmi. Nieważne, czy jesteś fanem rocka, elektroniki, muzyki poważnej, czy ciężkich brzmień – słuchanie płyt Radiohead nigdy nie było i nie jest obciachem, co nie jest już tak oczywiste w przypadku takich kapel jak Nirvana czy Metallica. W połowie lat 90. hity z „OK Computer” czy „The Bends” trafiały zarówno do fanów grunge’u, brit-popu, jak i intelektualistów wychowanych na twórczości Davida Byrne’a i Briana Eno. Dziś w równym stopniu zachwycają się nimi neofolkowcy, emo młodzież, fanki Coldplaya i zwolennicy elektroniki spod znaku IDM. Bo nawet, nagrywając bardziej radykalne płyty pokroju „Amnesiac” czy „Kid A”, Thom Yorke instynktownie trafia w nutę, którą słyszymy wszyscy.
Dlatego właśnie hasło , nie wydaje się dziś wcale absurdalne (nawiasem mówiąc Thom Yorke i jego koledzy zawsze podkreślali swoje uwielbienie dla Fab Four). Bo mimo oczywistych różnic wynikających z zupełnie różnych realiów, w jakich oba zespoły funkcjonowały, jednych i drugich łączy bardzo wiele. Przede wszystkim – bez oglądania się na wyniki sprzedaży i aktualne trendy.
W latach 60. Beatlesi potrafili nagrywać słodkie boysbandowe piosenki w rodzaju „I Wanna Hold Your Hand”, by chwilę później poszukiwać natchnienia w egzotycznych indyjskich systemach tonalnych czy zapuszczać się w psychodeliczne wycieczki. To samo robią dziś muzycy Radiohead. Najpierw nagrywają „OK Computer” po brzegi wypełniony przebojami, by przy najbliższej okazji wprawić wszystkich w osłupienie eksperymentalnym „Kid A” pełnym elektroniki i nieoczekiwanych zmian ról. Zamiast wyprawy do Indii Thom Yorke zapuszcza się w rejony futurystycznej elektroniki spod znaku glitchu i click n’cutu na swojej solowej płycie „Eraser”.
(jeśli sądzicie, że wykorzystywanie pętli to wynalazek hiphopowców, głęboko się mylicie). Wspomagał ich w tym sir – legendarny producent nazywamy piątym Beatlesem. Taką samą rolę mentora i niezależnego arbitra pełni w Radiohead – człowiek, który nieraz uratował zespół od rozpadu. To m.in. dzięki niemu zespół ciągle przypomina dziecko, które zamiast zastanawiać się, czy bezpiecznie jest podpalić firany w domy swoich rodziców, wyobraża sobie, jaki kolor będą miały płomienie je ogarniające.
Niepokorna natura zespołu wykracza daleko poza działania muzyczne. Tak jak miało to miejsce dwa lata temu, kiedy . Tym samym duchem niczym nieskrępowanej kreacji i muzyki dostępnej dla każdego przesiąknięty był duch twórczości Lennona i McCartneya. To zresztą kolejne podobieństwo pomiędzy tymi legendarnymi składami. W obu zespołach do czynienia mamy z dwoma wybitnymi i silnymi osobowościami. I podobnie jak złoty duet sprzed półwiecza Thom Yorke i Jonny Greenwood są wszechstronnymi i wykształconymi multiinstrumentalistami czerpiącymi z każdego inspirującego źródła. Dość powiedzieć, że wśród swoich fascynacji Greenwood wymienia zespoły Can, Kraftwerk, Milesa Davidsa i.... Krzysztofa Pendereckiego.
To nie przypadek, że . Kanoniczne pozycje takich gigantów jak The Beatles, Nirvany czy U2 zajęły dalsze pozycje. W podobnym zestawieniu opublikowanym tuż po wydaniu „Kid A” cztery pierwsze miejsca Beatlesi i Radiohead podzielili równo między siebie (Zwycięski „Revolver” oraz „Sgt. Peppers Lonely Hearts Club Band” Beatlesów sąsiadowały z „OK Computer” i „The Bands”). Oczywiście takie plebiscyty można potraktować wyłącznie jako zabawę, ale nikt nie zaprzeczy, że wpływ kwartetu z Oksfordu na muzykę rozrywkową jest dziś gigantyczny. Wystarczy posłuchać choćby składanki „Exit Music – Songs With Radio Heads” sprzed dwóch lat, na której tak różni artyści, jak RJD2, Matthew Herbert, Cinematic Orchestra czy Bad Plus, interpretują utwory Radiohead na najróżniejsze sposoby – od folkowego po soulowy.
Okazuje się, że repertuar piątki z Oksfordu broni się zawsze, jak każda dobra piosenka. Fenomen zespołu najlepiej obrazuje wypowiedź Dave”a Matthewsa: „Za każdym razem, kiedy kupuję nowy album Radiohead, obawiam się, że może tym razem im nie wyszło, ale im zawsze się udaje. – ich kompozycje mogą zabrać cię gdzieś na koniec świata, gdzie nagle spadnie na ciebie jakaś muzyczna bomba, a za chwilę w twoim wnętrzu śpiewają ptaki. Nie wspominając o przejmującym głosie Thoma Yorke’a. Zawsze kiedy go słucham, mam wrażenie, że przecina moją klatkę piersiową na pół”.
, ale wtedy mało kto, włącznie z samym zespołem, wiedział, że ma do czynienia z legendą. Kwintet był wówczas znany jedynie jako wykonawca swojego pierwszego wielkiego hitu „Creep”, który umożliwił mu wypłynięcie na szerokie wody. Publika tkwiąca po uszy w grunge’u nie bardzo wiedziała, jak ma reagować na dramatyczne pojękiwania Thoma Yorke’a. Tym razem do Polski przyjeżdża zespół, do którego równają wszyscy. Występ brytyjskiego kwintetu zapowiada się wyjątkowo atrakcyjnie z jeszcze innego powodu. Muzycy zapowiadają, że podczas najbliższych występów zamierzają wypróbować koncertową siłę rażenia nowego materiału, więc bardzo możliwe, że polscy fani będą jednymi z pierwszych, którzy będą mieli okazję się z nim zapoznać.