Dziennik Gazeta Prawana logo

Cały ten jazz... – muzyka, która nie przynosi sławy i pieniędzy?

30 kwietnia 2013, 11:41
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
Branford Marsalis
Branford Marsalis/PAP Life
"Z jazzem jest jak z boksem: im lepszy się robi, tym mniej ludzi się nim interesuje" – powiedział George Foreman, były pięściarski mistrz świata wagi ciężkiej, zapytany o podobieństwa między muzyką a boksem. Ale choć jazz kojarzony jest z niszową, zamkniętą formą artystyczną, zdarzały się utwory i muzycy, przełamujący impas między nim a kulturą masową. W Międzynarodowy Dzień Jazzu, warto przypomnieć sobie te postaci.

Muzyka jazzowa powstała jako forma przygrywki do całonocnych popijawek w nowoorleańskiej "dzielnicy czerwonych latarnii", Storyville. W tancbudach Nowego Orleanu występował "król" Buddy Bolden, mityczny kornecista, uważany za ojca-założyciela jazzu. Niestety, Bolden nie dokonał żadnego nagrania, odmawiając, gdy pojawiła się taka oferta, w obawie, że inni muzycy postanowią kopiować jego styl. Bolden skończył w zakładzie psychiatrycznym, nie pamiętając nawet swojego życia jako muzyka.

W jego ślady szli kolejni artyści. Wciąż traktowani jak niepełnoprawni muzycy – nie wykonujący muzyki poważnej – Jelly Roll Morton, Louis Armstrong czy Sidney Bechet, musieli walczyć o uznanie i zarobki, często klepiąc biedę i przeżywając momenty głębokiego zwątpienia.

Louis Armstrong jest jednym z pierwszych jazzmanów kojarzonych przez szeroką publiczność. Nawet jeśli ze względu na najmniej charakterystyczny dla muzyka utwór, "What a Wonderful World". Armstrong był znany z charakterystycznego, chropowatego głosu i ujmującego uśmiechu, nie ze swego kunsztu instrumentalnego.

Be-bop, jazz lat 50., agresywny i szybki przerażał amerykańską publiczność. Ucieleśnieniem tej muzyki był Charlie "Bird" Parker, genialny saksofonista, narkoman, włóczęga. Parker zmienił jazz, nadał mu zupełnie nowy, oparty w większej mierze na improwizacji, wyraz. Żył tak, jak grał i w 1955 roku zmarł z wycieńczenia organizmu latami używania narkotyków i alkoholu. – – wspominał w filmie "Jazz" w reżyserii Kena Burnsa, saksofonista Jackie McLean. Parker zdominował muzykę jazzową na całe dekady – naśladować go chcieli nie tylko saksofoniści ale także trębacze, kontrabasiści, pianiści a nawet perkusiści. Parker stał się potem bohaterem filmu Clinta Eastwooda "Bird" (1988). W rolę saksofonisty wcielił się Forrest Whitaker.

Najsłynniejszym wychowankiem "Birda" był trębacz Miles Davis. W 1959 roku Davis był już uznanym muzykiem, jednak wciąż nie potrafił przebić się do szerokiej publiczności, niechętnie nastawionej do "czarnej muzyki". Właśnie wtedy Davis nagrał dla wytwórni Columbia album "Kind of Blue" – najlepiej sprzedającą się jazzową płytę w historii. W zespole złożonym przez trębacza znaleźli się muzycy wybitni, którzy mieli wywrzeć na jazz znaczący wpływ: m.in. pianista Bill Evans i saksofonista John Coltrane. Davis odniósł sukces komercyjny dzięki "modalności" muzyki – zanurzenia jazzowych wpływów w europejską tradycję impresjonizmu, reprezentowanego przez Debussy'ego, Ravela i Satiego.

Biała Ameryka pokochała jazz dzięki dwóm białym muzykom: pianista Dave Brubeck w 1959 roku wydał album "Time Out", jeden z najpopularniejszych krążków w jazzowej historii. Dzięki popularności utworu "Take Five" (autorstwa saksofonisty Paula Desmonda) Burbeck stał się gwiazdą. Jego podobizna znalazła się nawet na okładce magazynu "Time". "Take Five" stał się jednym z najczęściej wykorzystywanych komercyjnie utworów jazzowych – stale sięgają po niego koncerny reklamowe.

Drugim ulubieńcem Ameryki był trębacz Chet Baker, jazzowy James Dean. Baker, starający się imitować brzmienie Davisa, roztaczał wokół siebie aurę tajemniczego buntownika, romantycznego bohatera. Jego kariera legła w gruzach, gdy wdał się w niejasne układy z dilerami heroiny, którzy wybili muzykowi zęby. Baker przepracował kilka lat na stacji benzynowej, nie rozpoznany przez nikogo. Zmarł w 1988 roku, po tym jak wypadł przez balkon hotelu w Amsterdamie. Jego historię opowiada film dokumentalny "Let's Get Lost" (1988) Bruce'a Webera.

Jazz jest jednym z ulubionych tematów Clinta Eastwooda. Aktor i reżyser poświęcił mu nie tylko obraz "Bird" i etiudę w cyklu "Martin Scorsese presents the Blues" ale także wyprodukował dokument poświęcony pianiście Theloniousowi Monkowi. Film to portret geniusza, całkowicie nieprzystosowanego do życia. Thelonious swobodnie czuł się jedynie przed klawiaturą fortepianu. Nie zajmowały go ani rachunki, ani paszporty ani nawet pieniądze, jakie otrzymywał za nagrania i występy. Sprawami przyziemnymi zajmowała się żona, Monk poświęcał się muzom. Muzyk cierpiał na schizofrenię, zapominał twarze swoich bliskich. W ciągu kilku lat nagrał kanon współczesnej pianistyki jazzowej, jednocześnie grając w sposób skrajnie niekonwencjonalny. Argentyński pisarz Julio Cortazar nazwał muzykę Monka "tańcem najedzonego niedźwiedzia". Niestety, choroba brała górę i na kilka lat przed śmiercią, pianista przestał grać. – – wspominał wieloletni współpracownik Monka, saksofonista Charlie Rouse.

– powiedział saksofonista Branford Marsalis w rozmowie z portalem jazzarium.pl, rozwiewając nadzieje.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło PAP Life
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj