Pańska autobiografia „W moim znaku waga” ukazała się dokładnie w pana 70. urodziny, 10 października. Czy to taki moment, kiedy człowiek ogląda się za siebie, dokonuje podsumowań?

Andrzej Sikorowski: Bez wątpienia tak, choć ja sentyment do przeszłości, odwracania się za siebie, niosę w sobie od wielu lat. Jeśli ktoś przeanalizuje moje piosenki, znajdzie w nich nieustające odwoływanie się do czasu minionego. Jak napisałem w jednym z utworów - „to nie tęsknota za komuną, tylko tęsknotą za młodością”. Wraca się chętnie do beztroskich lat, które nie były obarczone obowiązkami rodzinnymi, wychowawczymi. Poza tym nie ukrywam, że współczesność bardzo często mnie irytuje. Dlatego wydaje mi się, że mentalnie należę do minionej epoki, jestem fanem fiakrów i dorożek, a nie samolotów.

Jak na autobiografię przystało, na początku wspomina pan świat swojego dzieciństwa. Czym on pachniał?

Pachniał pastą do podłogi, prostymi potrawami, które na dwupalnikowej kuchence gotowała moja mama. Pachniał też trochę naftaliną, którą zabezpieczało się odzież. Pamiętam jej zapach szczególnie w starych krakowskich domach, w których mieszkali ludzie urodzeni jeszcze w XIX stuleciu.

To może dlatego, kiedy tylko znalazł się pan w studiu telewizyjnym, scenografowie wyciągali gdzieś z zakamarków magazynów stare kufry, skrzynie, patefony?

Myślę, że to też wiązało się z faktem, że zawsze byłem kojarzony z Krakowem. A o krakusach myśli się jako o ludziach przesiąkniętych tradycją, artystyczno-poetyckim światem i antykwariatami, z którymi na co dzień obcują. Dlatego, jak się gdzieś pojawiałem, budowano wokół mnie aurę krakowskiego mieszczańskiego domu.

W krakowskim domu obowiązkowo w salonie stał fortepian. Czy pan też uczył się grać na tym instrumencie?

Nie, ale tylko dlatego, że urodziłem się cztery lata po wojnie i moi rodzice musieli swój świat zbudować na nowo. Wychowywałem się na niewielkim metrażu, dlatego fortepian nie był w stanie się tam zmieścić. Myśmy mieli mieszkanie sublokatorskie, na 120 mkw mieszkały trzy rodziny. Dlatego najpierw uczyłem się grać na mandolinie.

Dlaczego na mandolinie?

Od dziecka marzyłem o gitarze. Ale miałem za małe łapy, żeby objąć gryf. Dlatego rodzice wysłali mnie na lekcje mandoliny, bo to instrument, któremu byłem w stanie podołać. Poza tym to wszystko wiązało się z opłatami, a w domu się nie przelewało pomimo tego, że tato był dziennikarzem. Żyliśmy z ołówkiem w ręku, miarkując wszystkie wydatki. Żeby nie zawieść rodziców i nie narazić na szwank ich kieszeni, pilnie chodziłem na te prywatne lekcje mandoliny. Gdy już ją opanowałem w takim stopniu, że budowałem akordy, mogłem sobie akompaniować tak, jak na gitarze. I w końcu dostałem ten wyśniony instrument. Ale na nim uczyłem się już grać sam. Śpiewałem w domu, a później w akademikach na różnych balangach. Ale publicznie wystąpiłem dopiero na studiach, na międzywydziałowym turnieju. Nie przypuszczałem, że to estradowe występy staną się kiedyś moim głównym zajęciem.

To kim pan miał być?

Wyszedłem z humanistycznego domu, więc wybrałem filologię polską na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ale broniłem się przed tym, by zostać nauczycielem. Myślałem, że pójdę w ślady ojca. Z dziennikarstwa ostatecznie nic nie wyszło. A to z tego powodu, że koledzy, o czym nie miałem pojęcia, zgłosili mnie do eliminacji, podczas których wyłaniano uczestników Festiwalu Piosenki Studenckiej w Krakowie. Zająłem na nim pierwsze miejsce i poczułem, że to, co robię, ma sens. W jury w końcu były takie tuzy polskiego życia kulturalnego, jak choćby Wojciech Młynarski. To dało mi „kopa”, od tego czasu wchłonął mnie ruch kultury studenckiej. W latach 70. kluby studenckie to były instytucje. Z występowania w nich można było wyżyć. Wprawdzie stawki nie były duże, ale jak się często grało, to dawało się radę. Co ciekawe, nie trzeba było wtedy być znanym ogółowi społeczeństwa. Studenci tworzyli odrębne środowisko, mieli swoich artystów. A publiczność akademicka to był wymarzony dla mnie odbiorca. To byli ludzie, którzy myśleli moimi kategoriami, którzy potrafili zastanowić się na tekstami, nad puentą… Dzisiaj na juwenalia zaprasza się kapele discopolowe. Wtedy było to nie do pomyślenia. Takiego obciachu nikt by nie zdzierżył.

Czy to właśnie Festiwal Piosenki Studenckiej sprawił, że pojawił się pan w telewizji?

Rzeczywiście, po festiwalu zaproponowano mi udział w „Spotkaniach z balladą”. One najpierw były programem radiowym, który potem Michał Bobrowski przeniósł do krakowskiego ośrodka telewizyjnego. Zebrała się tam dobra ekipa, program prowadzili Jerzy Stuhr razem z Bogusławem Sobczukiem. „Spotkania” żyły dzięki publiczności. A to była wymarzona publiczność, w dużej mierze złożona ze studentów szkoły teatralnej, którzy w lot łapali intencje i cienkie dowcipy prowadzących. Te programy stały się tak popularne, że gdy były transmitowane, robiło się pusto na ulicach.

Ale prawdziwą popularność zyskał pan dopiero z Grupą Pod Budą. Jednak zanim się ona narodziła, był kabaret Pod Budą. Jak pan do niego trafił?

Dzięki Bohdanowi Smoleniowi. Zaprosił mnie do udziału w nim, kiedy dostał propozycję, by Pod Budą występowało w Krakowie dla turystów przez cały sierpień 1975 roku. Chariklia Motsiou, która później została moją żoną i dziś nazywana jest Franką, śpiewała w tym kabarecie. Ale nie mogła tego robić podczas wakacji, bo miała już zaplanowany wyjazd do swojej rodzinnej Grecji i nie chciała za żadne skarby z niego rezygnować. Więc Smoleń poprosił mnie, żebym ją zastąpił. Jak przyszedłem, tak już zostałem. Napisałem zresztą w książce, że to był trochę gwóźdź do trumny kabaretu. Moje piosenki połączone z potencjałem muzycznym zespołu, w którym była śpiewająca w nim do dziś Ania Treter oraz kompozytor i gitarzysta Jan Hnatowicz, sprawiły, że Pod Budą przestało być rozśmieszaczem. Stało się refleksyjną grupą muzyczną. Bohdan Smoleń poszedł już wtedy swoją drogą, wiążąc się w z kabaretem Tey. Wówczas Polskie Stowarzyszenie Jazzowe zaproponowało, że weźmie nas pod swoje skrzydła, choć z jazzem nigdy nie mieliśmy nic wspólnego. Ale szyld kabaretowy przylgnął do nas na kilka dobrych lat. Jeszcze długo ludzie przychodzący na występy Pod Budą, myśleli, że będzie zabawnie. A nie było.

Nawet wtedy, kiedy śpiewaliście „Bardzo smutną piosenkę retro”. Miała ona być pastiszem ckliwych tekstów, a wyszło tak, że ludzie zaczęli ją traktować serio.

Jak pojechaliśmy z nią do Opola na Festiwal Polskiej Piosenki, to amfiteatr kupił ten utwór jako kolejny popularny przebój. Publiczność wyklaskała dla nas wyróżnienie, bo nie sądzę, żebyśmy wtedy byli przewidziani do jakiejkolwiek nagrody. Ale od tego momentu zaczęliśmy na serio funkcjonować w obiegu ogólnopolskim. Trochę traktowano nas jak enfant terrible polskiej piosenki, bo byliśmy tak naprawdę niereformowalni, wyszliśmy z kabaretowej piwnicy i nie chcieliśmy się przebierać w obowiązujące, estradowe ciuchy. Mimo tego sporo kolegów z ruchu studenckiego uważało, że poszliśmy na układ z komercją. Gdybyśmy wtedy nie wykorzystali swojej szansy, nasze piosenki nie zaistniałyby w masowym obiegu i nie znalazłyby się na płytach.

Umieszczone na nich utwory określiłabym mianem piosenek literackich. Opisuje pan w nich często siebie. Czy chciał pan, żeby ludzie dzięki nim pana bliżej poznali?

Zależało mi bardziej na opisaniu świata, który wtedy nas otaczał. Zresztą zdecydowałem się na napisanie mojej biografii tylko pod warunkiem, że będzie ona osnuta na tekstach piosenek. Kiedy bowiem im się po raz kolejny przyjrzałem, zobaczyłem, że układa się z nich mój życiorys. Mam tylko nadzieję, że nie jest to obraz zgorzkniałego smutasa. Tego bym nie chciał. Nawet jak piszę o rzeczach ostatecznych, staram się zawsze znajdować światełko w tunelu, jaśniejszą stronę życia, ponieważ z natury jestem raczej optymistą, entuzjastą egzystencji. Nie ma we mnie złości.

Gdy słyszę pana piosenki, widzę faceta, który idzie z gitarą przez krakowski Rynek, spotyka kumpli, przysiada to tu to tam, choćby w „Zwisie”.

Jeżeli pani na podstawie moich piosenek konstruuje obraz człowieka biesiadnego, nie stroniącego od alkoholu, to oczywiście jest to bliskie prawdy. Branża, z którą się związałem na całe życie doczesne, rymuje się przecież z tymi przyjemnymi stronami naszej egzystencji. A w moich piosenkach staram się komentować wszystko, co mi się zdarza.

Na przykład to, że mężczyzna czasami „idzie na całość”. Czy piosenka „Na całość” ma coś wspólnego z Andrzejem Zauchą?

Tak i z tzw. „szlakiem hańby”, który prowadził przez różne lokale znajdujące się wokół Rynku. To zabawne, że myśmy z Andrzejem nawet wracając ze wspólnej trasy koncertowej, podczas której biesiadowaliśmy niemal zawsze, jeszcze tego samego wieczoru spotykaliśmy się w mieście, łazili po klubach, żeby zobaczyć, czy coś się zmieniło. Choć w Krakowie nic się nie zmienia. Po 30 latach można wejść do „Zwisu” czy „Rio” i zobaczyć to samo. Ale taka potrzeba zawsze w nas tkwiła. Dzisiaj mieszkam w centrum miasta i w każdej chwili mogę wyjść na Rynek, lecz nawet kiedy miałem dom w Rząsce pod Krakowem, codziennie wsiadałem w auto i przyjeżdżałem porozglądać się po starych kątach. Może to bierze się stąd, że ja tutaj czuję się jak u siebie, w tej bramie spotykam znajomego, tuż obok ktoś inny mi się kłania.

To tak jak w piosence „Żal za Piotrem S.”. Śpiewa pan w niej, że najpierw spotkał pan Piotra Skrzyneckiego, poszliście do Grzegorza Turnaua, a stamtąd do Zbigniewa Preisnera.

To jest opis bardzo krakowskiej sytuacji, bo te zaprzyjaźnione domy nie wymagały jakichś specjalnych zapowiedzi telefonicznych. Odwiedzaliśmy się z głupia frant. Nie musiałem dzwonić do Ani Szałapak czy Grześka Turnaua z pytaniem, czy mogę wpaść, tylko szedłem.

A propos Turnaua. Kiedy pisał pan piosenkę „Nie przenoście nam stolicy do Krakowa”, myślał pan o tym, by zaśpiewać ją właśnie z nim?

Pisałem ją z myślą o duecie. Zadawałem sobie pytanie, kto w Krakowie może ją razem ze mną zaśpiewać i szybko zrozumiałem, że to jest właśnie Grzesiek. Mimo różnicy wieku wynoszącej niemal 20 lat mamy wspólne poglądy na wiele spraw. Już to wystarczyło, że byłem pewien, iż zawarta w tym tekście myśl będzie mu równie bliska jak mnie.

Dzięki tej piosence zaczęliście razem występować?

Tak, właśnie mija 20 lat od czasu, kiedy wybraliśmy się na wspólną imprezę do Rzymu. Mieliśmy zagrać dla polskiej publiczności tuż przed świętami. Pojechaliśmy tam, nie mając żadnego pomysłu na wspólny program. On miał swoje piosenki, ja swoje. Grzesiek niektóre z moich utworów znał, więc na miejscu skleciliśmy składankę. Całość była rodzajem improwizacji, z której urodził się później nagrany na płytę „Pasjans na dwóch”.

Częściej niż z Grzegorzem Turnauem występuje pan z córką Mają. Jak to jest tak rodzinnie wychodzić na scenę?

Jest to dla mnie czymś oczywistym. Maja chodziła do szkoły muzycznej i świetnie radziła sobie ze śpiewaniem. Jednak potem zaczęła studiować turystykę i rekreację na AWF. Zdecydowała się na to, bo myślała, że skoro jest po mamie w 50 procentach Greczynką, to może kiedyś będzie woziła ludzi do swojej drugiej ojczyzny. Jednak w pewnym momencie na płycie Grupy Pod Budą dałem jej zaśpiewać jedną czy dwie piosenki. Od tego czasu zaczęła z nami występować regularnie. Dla niej to była gratka. Nie musiała się przebijać przez programy typu „Mam talent”, tylko od razu wychodziła na prestiżowe sceny. Zawsze jej tłumaczyłem, że to nie jest jeszcze żadna kariera i może przez to wyrobiłem w niej zdrowy stosunek do tzw. sukcesu. Nie ukrywa, że podobnie jak kiedyś jej mama, gdy zajdzie taka potrzeba, zajmie się wyłącznie domem, dzieckiem. Na razie świetnie łączy świat rodziny i estrady, a dla mnie jest dzisiaj na scenie po prostu partnerką.

Czy wystąpi podczas jubileuszowej trasy, którą pan niebawem zaczyna z okazji urodzin?

Oczywiście, ja już sobie nie wyobrażam mojego programu bez jej piosenek.

Czy te koncerty będą takim podsumowaniem, jak wydana właśnie autobiografia?

Tak właśnie o nich myślę. Podczas nich publiczność usłyszy utwory z repertuaru Grupy Pod Budą, ale także nowsze, z płyt nagrywanych właśnie z Mają. Zaśpiewam także balladę, która dała tytuł książce - „W moim znaku waga”.

Rozmawiała Magda Huzarska-Szumiec/PAP