Nie ma polskiej muzyki bez Krzysztofa Krawczyka. To postać, która obrosła legendą. I słusznie. To nie tylko wielki, kapitalny, głos, którego nie da się zastąpić ani w żaden sposób podrobić. Bo to był człowiek, który natychmiast łączył ludzi, sprawiał, że po kilku minutach czuliśmy się tak, jakbyśmy znali się od lat.
Miałem zaszczyt rozmawiać z nim kilkukrotnie. Pierwszy raz dopiero w latach dziewięćdziesiątych, kiedy dał się namówić na niezwykłą współpracę z Goranem Bregovicem, który dał mu wtedy garść przebojów, ale także niezwykłą moc. Moc do tego, by znów wejść na scenę i jak w czasach „Parostatku”, czy „Za Toba pójdę, jak na bal” być gwiazdą. Bo bycie nią przychodziło Krawczykowi o tyle naturalnie, że on na scenie, jako gwiazdor nikogo nie udawał. Był sobą, a sobą był wtedy, kiedy mógł realizować się w gawędzie i spotkaniach z ludźmi.
Kiedy podczas spotkania u siebie w domu mówił o tym, jak pracował z Goranem uciekał w anegdoty i dygresje. A potem dygresje od dygresji i kolejne anegdoty. Kolejne nazwiska i miejsca przywoływały kolejne wspomnienia, o których mówił z lekkością. Starał się mówić o ludziach bardzo dobrze. W każdym widział dobro przede wszystkim.
Jedno z najbardziej niezapomnianych spotkań miałem w okolicach 2016 roku, kiedy ukazywała się płyta „Duety”. Spotkaliśmy się w jednej z warszawskich kawiarni, zamiast wywiadu była to zwykła rozmowa, którą snuliśmy wolno, bez oglądania się na innych.
– powiedział mi wtedy w rozmowie, która ukazała się na łamach Wprost.
W rozmowie powiedział, że przyjaźń była zawsze dla niego najistotniejszym uczuciem.
wspomniał
Zawsze był religijny, zawsze wiara była u niego na pierwszym miejscu. Bo wierzył, że przez religię też znajdzie drogę do drugiego człowieka.
Będzie nam go bardzo brakować.