- - tłumaczy w rozmowie z PAP Piotr Jagielski.
Siedem lat pracy nad książką
Jak przyznaje, na początku prezentował podobne myślenie: .
- - mówi Jagielski o swojej książce, która powstawała aż siedem lat.
- - wyjaśnia.
Reportaż, nie encyklopedia
Autor ocenia, że książka ma charakter reporterski: "starałem się napisać to w sposób zaangażowany. Pewnie da się bez tego dobrze pisać o muzyce, ale ja nie potrafię inaczej. Uznałem, że to najlepsza forma do przedstawienia historii muzyki jazzowej, opowieść o charakterze raczej osobistym niż encyklopedycznym. Chciałem opowiedzieć o swoich przygodach z jazzem".
Jagielski zaznacza, że "od początku nadrzędnym celem była chęć spojrzenia na historię jazzu i opowiedzenia jej w kontekście amerykańskiej polityki, przemian w społeczeństwie amerykańskim, zwłaszcza w kontekście Afroamerykanów. Jazz jest przecież muzyką nizin społecznych, muzyką wywodzącą się z czarnych społeczności".
- - dodaje autor książki.
Ewolucja jazzu
Zanim się to stało, jazz ewoluował od muzyki czysto rozrywkowej. W latach dwudziestych, w czasach prohibicji i złotych czasów gangów, muzycy jazzowi zostali uwikłani w działania lokalnych mafii: "jazzmani grali w klubach należących do gangsterów, zapewniali pracę i zarobek". Posiadanie zespołu czy gwiazdy, która mogła wystąpić na prywatnej imprezie, dodawało prestiżu. Zdarzało się jednak, że występy nie były dobrowolne: "były sytuacje, gdy muzycy byli porywani i przewożeni w bagażniku prosto na scenę" - tłumaczy.
Jak podkreśla Jagielski, związki jazzu z mafią nie były szczególnie silne: "wzbraniałbym się przed stwierdzeniem, że jazzmani byli czyimiś pachołkami - oni byli dodatkiem, uzewnętrznieniem statusu". Zespoły jazzowe uświetniały życie klubowe przez całe dwudziestolecie międzywojenne.
Chociaż jazz był dzieckiem czarnej biedoty, dosyć szybko zdobył zainteresowanie wśród białych - pierwsza płyta jazzowa z 1918 r. została nagrana przez biały zespół The Original Dixieland Jazz Band.
- - wyjaśnia Jagielski.
Biali ukradli jazz?
Zapytany o pierwszych białych muzyków, Piotr Jagielski przywołuje opinię Jelly’ego Roll Mortona, jednego z nowoorleańskich pianistów: .
Dosyć szybko czarni zaczęli postrzegać białych jazzmanów jako złodziei. Ofiarą swoich czasów padł Bix Beiderbecke: "miał to nieszczęście, że znalazł się w zawieszeniu – nie był akceptowany ani przez białych muzyków, ponieważ jego muzyka była zbyt agresywna, ani przez czarnych, którzy widzieli w nim właśnie jednego zstylu. A Beiderbecke był po prostu znakomitym instrumentalistą, w pełni kompetentnym, by występować obok najlepszych muzyków swojej epoki" - wyjaśnia Jagielski - "Zarzucano im, oskarżano nawet Dave’a Brubecka, że przejmują, kradną i zbijają na tym fortunę. Tymczasem czarni, którzy wykonują ją lepiej,, klepią . Trwało to przez dekady".
Charakter muzyki zaczął się zmieniać na przełomie lat trzydziestych i czterdziestych. Jednym z pierwszych utworów uważanych za protest song był "Strange Fruit" w wykonaniu Billie Holliday, autorstwa Abla Meeropola.
-- zaznacza autor książki.
- - dodaje.
Manifest społeczny po wojnie
Po II wojnie światowej pojawiła się nowa generacja czarnych muzyków, reprezentujących nową koncepcję czarnego Amerykanina. Mniej więcej od tego momentu jazz zaczął nabierać charakteru manifestu społecznego. - - wskazuje Jagielski. -
Wkrótce po zakończeniu II wojny światowej wielką sławę zdobył Charlie "Bird" Parker, który zyskał rzeszę naśladowców. Parkerowski, wielkomiejski bebop wiódł prym we wschodnich metropoliach Stanów. - - mówi autor książki.
W opozycji do ognistego bebopu Wschodniego Wybrzeża - w Kalifornii wyewoluował łagodny cool jazz, którego jednym z ojców założycieli był Miles Davis. - - zwraca uwagę Jagielski.
Prawdopodobnie wówczas wokół cool jazzu, słuchanego najpierw w środowisku akademickim, zaczęła tworzyć się elitarystyczna bariera: "wtedy wokół Milesa Davisa stworzono, choć pewnie on sam o to zabiegał, otoczkę intelektualną. Jednocześnie było to (jego muzyka - przyp. red.) atrakcyjne i komercyjne. Ta otoczka napędzała zainteresowanie, zwłaszcza wśród ludzi, którzy chcieli uchodzić za intelektualną elitę, wrażliwą na sztukę i nowoczesną… Natomiast żadna z płyt Milesa nie jest jakoś szczególnie wymagająca, trudna w odbiorze – to są proste, przyjemne albumy, zarówno początkowe, te akustyczne, jak i te późniejsze, jak" - dodaje Piotr Jagielski.
Książka "Święta tradycja, własny głos. Opowieści o amerykańskim jazzie" została wydana przez Wydawnictwo Czarne.