Większość z nas zna go z genialnego projektu The Last Shadow Puppets – projektu tak dojrzałego, że część osób nie dowierzała, że tworzony był przez młodych z metryki muzyków. Powaga, jaka otaczała projekt Kane i Alexa Turnera sprawiała, że patrząc na nich mieliśmy niemal automatyczne skojarzenia z „” czy „”. Ale w między czasie Kane wyrósł na niepodległość, zaczął nagrywać płyty, które pokazywały nieco inne oblicze muzyka.
„” to jedna z najlepszych płyt z brytyjskim rockiem od lat. Tak wiem, nie jest to żadna specjalna rekomendacja, bo powstałych w tej stylistyce krążków, które można by wyróżnić chęcią powrotu do nich, było jak na lekarstwo. Nie zniechęcajcie się jednak, bo na płycie jest sporo dobra, nagrań, które mimowolnie zajmują na dłużej miejsce w pamięci.
Na pewno zaliczyć do nich należy „”, z gościnnym udziałem Lany del Rey. Gdyby cała płyta była tak dobra, jak to nagranie, mówilibyśmy o płycie roku. Kane zahacza tu klimatem Iana Browna z najlepszych solowych momentów. „” to klasyczny opener na płytę, z fajnymi przejściami i zabawami na linii bas-wokal. „” zawiesza klimat gdzieś pomiędzy Oasis z pierwszych płyt, gdzieś nawiązuje do klimatu lat sześćdziesiątych na wyspach.
Dla ludzi patrzących z boku na Kane’a „” wyda się niespodzianką. A on tylko pokazuje, że dla ludzi z muzyczną wyobraźnią zamykanie się w jednym miejscu bywa szkodliwe.
Fajna płyta. Gdyby Miles nagrywał solówki rzadziej, ale nagrania byłyby wyselekcjonowane lepiej, rockowy świat klęknąłby. Tak, pomacha raźnie nóżką…