Festiwal w środku miasta. Niby jest ciepło, ale to jeszcze nie lato. Niby wszyscy myślimy o wakacjach, ale w poniedziałek przecież trzeba wracać do pracy lub szkoły. Festiwal bez namiotów, uczucia porównywalnego z jetlagiem z niewyspania i zakłócenia pór dnia i nocy. I festiwal w czasach, kiedy muzyka jest wszędzie, jest dostępna – w poczuciu młodych fanów muzyki – za darmo.

Taki festiwal musi rządzić się swoimi, nieco innymi prawami, na które nie ma co się obrażać. To rynek stawia wymogi, a planując line-up trzeba się do nich dostosować.

Bezdyskusyjnie największą gwiazdą Orange Warsaw Festival była Miley Cyrus. Jej koncert był stanowczo, można by rzecz nawet skandalicznie za krótki, ale zawierał perły. Pokazywał też charyzmatyczną, świadomą siebie, doskonale przygotowaną do tego, co robi, bez wątpienia utalentowaną artystkę. Przekaz Miley jednym może wydawać się zbyt wulgarny, innym zbyt wykalkulowany – nie zmienia to faktu, że Cyrus na 55 minut (!!! - tak, tylko na tyle) przykuła uwagę, zatrzymała wszystkich, potrafiła zaczarować nie tylko nastolatków, ale i siwowłosych, którzy przyszli raczej dla zespołu, który występował tuż przed nią. Zaczęła tym, co większość zostawiłaby na koniec, czyli od wielkiego hitu, katowanego przez rozgłośnie radiowe całego świata „Nothing Breaks Like A Heart”. Nie zabrakło zaśpiewanego z pasją „Wrecking Ball”. Służewiec chóralnie zaśpiewał też „Jolene” z repertuaru Dolly Parton, która śpiewała go 18 lat przed tym, zanim Cyrus pojawiła się na świecie. Można było pomyśleć, że to dobrze, że młoda gwiazda poszerza horyzonty publiki. Gdyby nie fakt, że… chyba jednak nie poszerza.

Miley była niekwestionowaną gwiazdą numer jeden festiwalu, powtórzmy to. Gdy śpiewała wszyscy słuchali, a podejście pod scenę powinno być wpisane przez ubezpieczycieli na listę sportów ekstremalnych. Kiedy dwie godziny wcześniej The Raconteurs grali doskonały koncert można ich było bez problemu (nie mówię, że nie w ścisku, ale jednak) oglądać z bliska. Oddalona od sceny o jakieś 200 metrów strefa konsumpcji pękała w szwach, do hamburgerów, frytek i piwa trzeba było ustawiać się w długich kolejkach. Wydawać się mogło, że jeśli organizator daje na tacy możliwość zaznajomienia się z świetnym rockowym bandem, który historię grania na gitarach idealnie kondensuje w piosenkowych formach, to trzeba się z takim prezentem zaznajomić. Większość go odrzuciła. Kto słyszał, co robili na scenie (nie tylko przy magicznym „Steady As She Goes”) ten wie, że takich występów nie ma wiele. Idealny, doskonale przemyślany i zagrany. Oczywiście Jack White musiał w swoim stylu zakpić z fanów Miley mówiąc, że to dla nich jest nagranie „You Don’t Understand Me”. Było to stwierdzenie faktu, którego fani Miley zapewne nie słyszeli zajęci bujaniem się na Silent Disco, albo staniem w kolejce po wegańskiego kebaba.

W namiocie obok występy były bardziej kameralne, a kontakt z publiką bardziej namacalny. Skorzystał z tego Miles Kane grając tak, że ci, którzy byli obecni, nie zapomną. Rockowa energia uwolniła się od pierwszego nagrania, ale trzeba przyznać, że dopiero od czwartego „Loaded” działa się magia prawdziwa. I jeśli gdzieś kiedyś Miles jeszcze wystąpi, trzeba go zobaczyć. Publiczność śpiewała słowa, reagowała na zapowiedzi nagrań. Było jak w dobrym rockowym klubie.

Miałem wrażenie, że podczas jednego dnia, na jednym festiwalu uczestniczyłem w trzech różnych imprezach. Kiedy na koniec dnia, tuż po północy, Julia Pietrucha czarowała w namiocie klimatem, znudzeni fani Miley pytali się: „To co? Teraz na Mazowiecką?”.

Powtórzę – na taki stan rzeczy nie ma co się obrażać. I lepiej mieć w Warszawie taki festiwal, niż żadnego. Wszyscy artyści byli godni zobaczenia, ktoś kto kocha muzykę, nie odpuściłby sobie ani jednego z występów.

A jeśli ktoś zapłacił, a z oferty nie chciał z oferty skorzystać, to sam sobie jest winien.