A teraz weź tu wytłumacz wszystkim na spokojnie i w ciągu kilku sekund, które czytelnik poświęca na rzucenie okiem na początek tekstu, czym jest pyschodeliczny soul. W świecie dźwięków, którym bombarduje nas wszechświat to przyjemny deszcz meteorytów. To też most pomiędzy sferą poznawania, która zarezerwowana była dla tych, którzy mentalnie są gdzieś w latach siedemdziesiątych, z tym, co ze Stanów płynie od początku tego wieku.

Reklama

Black Pumas nie są kimś na rynku nowym. Grają od 2017 roku, kiedy to Eric Burton (ciekawe czy młodzi fani soulu dostrzegają podobieństwo nazwisk) przeniósł się do Kalifornii, poznał Adriana Quesadę i postanowił, że Czarne Pumy pokażą się światu.

Od 2020 roku corocznie dobijają się do nagrody Grammy, łącznie gromadząc sześć jeszcze nieudanych podejść. Można spokojnie domniemywać, że tym razem, z albumem „Chronicles of A Diamond” powinno pójść lepiej.

Bo to album, który spokojnie można polecić ludziom, którzy od muzyki oczekują więcej. Którzy boją się współczesności przepełnionej prostymi rytmami i tanimi rozwiązaniami. Bo wspominana psychodelia soulowa sprzyja sięganiu po rozwiązania znane z wielu innych gatunków. W „More Than A Love Song” słychać zarówno fascynację okolicami riffowego grania, jak i miłość do gospel. „Mrs. Postman” to podróże, które przywodzą magię Michaela Kiwanuki. Zamykający album „Rock And Roll” to przeprowadzanie nas przez sztukę komponowania na gitarę i fortepian, odwoływanie się do brzmień zarówno bluesowych, jak i soulowych z południa Stanów Zjednoczonych.

Cała płyta ma w sobie duży pierwiastek niepokoju. Zmusza słuchacza do intelektualnych szarad muzycznych, odświeżania pamięci. I daje dużo radości: albo z odkrywania, albo z fascynacji tym, czym od kilku lat gra świat.

Trwa ładowanie wpisu