Maria Peszek w niezwykle poruszającym wywiadzie opowiedziała Jackowi Żakowskiemu o przeżytym przez siebie załamaniu nerwowym. Mówiła, że symptomy tego, co miało nastąpić, były widoczne od dawna, ale ona je bagatelizowała. Zaczęłam mieć poczucie, że w głowie noszę bombę, że ona któregoś dnia pierdolnie i że to będzie masakryczne. Ale nie chciałam tego słyszeć. Grałam koncerty z obustronnym zapaleniem uszu. Właściwie nic nie słysząc. Zdarzało mi się grać z zapaleniem nerek. To nie było mądre. Ale wierzyłam, że jestem niezniszczalna, że to ogarnę i nie zawiodę ludzi, którzy kupili bilety, żeby mnie posłuchać. Aż przeholowałam - opowiadała.

Samo załamanie nerwowe, które na nią spadło, zmusiło ją do odwołania koncertów. Wszystko było bólem i chaosem. Chciałam umrzeć - przyznała. Poza bezsennością, atakami paniki, stanami lękowymi, odczuwała też potworny ból. Fizyczny ból jest taki, że nie można wytrzymać. U mnie ulokował się w kręgu, który bez żadnych powodów wypadał. Bolało tak, że w Bangkoku godzinami leżałam pod prysznicem przekonana, że to się nigdy nie skończy - relacjonowała.

Przełom przyszedł wraz z uświadomieniem sobie, że ból wynika z tego, co się dzieje w głowie. Sześć tygodni leżałam w hamaku na azjatyckiej wyspie. Morze przychodziło i odchodziło, a mi z ust ciekła ślina jak Nicholsonowi po lobotomii w "Locie nad kukułczym gniazdem" - wspominała. Mając u boku ukochanego, zaczęła skupiać się na myśleniu o tym, że ból może odejść. Któregoś dnia przez pięć minut nie bolało. Potem przez 10 minut. Potem przez godzinę - mówiła.

Opowiadała też o prześladujących ją przez długie miesiące przerażających obrazach. Na przykład obraz wanny pełnej smoły. Czułam, że przez dziurę w brzuchu wycieka mi życie - wyznała. 

Jej przeżycia, jak retransmisja z domu wariatów, zawarła w tekstach na swej nowej płycie, "Jezus Maria Peszek". Przyznała, że odbiór jej nowych piosenek przez jej najbliższych był zupełnie innych niż w przypadku poprzednich płyt. Znamienna była np. reakcja jej ojca. Zawsze był moim największym fanem. Bezwarunkowo zachwycał się tym, co robiłam. Ale kiedy usłyszał pierwsze demo tej płyty, powiedział, że musi się zastanowić. Mama przy czwartej piosence zaczęła głośno szlochać. Półtora dnia nie mogła się powstrzymać - opowiadała. 

Pytana o swój stosunek do Polski, o której śpiewa "Nie oddałabym ci Polsko/ani jednej kropli krwi", odpowiedziała: Kocham Polskę. Nie czuję się tu źle. Tylko bym chciała, żeby było trochę inaczej. Tłumaczyła również, jak rozumie nowoczesny patriotyzm - jako niemiganie się od normalnych obowiązków. Płacę abonament, chodzę na wybory, poczytuję gazet. Nie kombinuję, jak uniknąć podatków. Uczciwie partycypuję, żeby tu było fajnie - wyliczała.  

Ale - jak mówiła - jej pokoleniu ciągle wciska się kult śmierci. Ciągle stajemy wobec tych skrajnych, romantycznych roszczeń. "Oddaj życie!". Wciąż wraca to absurdalne pytanie:"Czy oddałbyś życie?". A mi się wydaje, że trupów było dość.Natomiast brakuje mi świadomie szczęśliwych Polaków - argumentowała.