MARCIN CICHOŃSKI: Kiedy poprzednio rozmawialiśmy o T.Love, tak się złożyło, że też rządził PiS. I powiedziałeś wtedy, że jak się budzisz i widzisz, co się dzieje w kraju, masz ochotę „napierdalać protestsongi”. Teraz znów rządzi PiS, ale na waszej płycie tych protest songów nie ma. Co się w zmieniło w twym podejściu?

MUNIEK STASZCZYK: Teksty piosenek pisałem przez cztery pierwsze miesiące tego roku, kiedy Europa i Polska były w takim momencie, że nie wiadomo było, co nas czeka. Świat jest dziś jeszcze jaskrawiej podzielony na biednych i bogatych. To wynik cynizmu Europy, teraz ponosimy tego konsekwencje. Spójrz na kwestię uchodźców. Ale pękło coś znacznie więcej. Młodzi ludzie, nasze dzieci wychowują się w świecie, który jest ciągle w gotowości na obronę przed tym, co się może wydarzyć. Wiedzą, że nagle mogą zamknąć granice, lotniska. Że nie wyjadą w podróż, bo coś gdzieś trzaśnie, gdzieś coś wybuchnie. I ja tymi sprawami żyję, o nich piszę.

A jakie ważne zmiany dostrzegasz w Polsce?

Tak naprawdę na tej płycie tylko trzy teksty są ewidentnie o Polsce: „Marsz”, „Ostatni gasi światło” oraz „Kwartywnik”. I w tych tekstach ja, a może raczej bohater tych tekstów, stoi z boku i obserwuje, jest zagubiony, trochę przerażony, martwi się o ten kraj. Ciężej mu się gada z ludźmi. Dlatego ta płyta jest wezwaniem do pojednania. Wydaje mi się, że w Rzeczpospolitej mamy problem z korzystaniem z naszej wolności. I z pewnością moje podejście wygląda inaczej, niż kiedy rozmawialiśmy ileś lat temu.

Masz swoją diagnozę, z czego wynika ten nasz polski podział?

Obserwuję ten podział wśród znajomych i nie odpowiada mi żadna ze stron. Ani ta poprzednia, która była napakowana ignorancją, gierkowską pychą, krótko mówiąc zdegenerowana władzą. I nie odpowiada mi ta obecna, z jej gomułkowską, populistyczną, podlaną sosem nacjonalistyczno-nibykatolickim retoryką. A to z katolicyzmem nie ma nic wspólnego. Nie ma też nic wspólnego z deklarowaniem moralności czy miłosierdzia.

Widzisz gdzieś tu miejsce dla siebie?

Czytałem komentarze do piosenki „Marsz”. Ludzie sami dzielą się na dwa bieguny: „lewacka kurwa” albo „ultrakatol faszysta”. A kiedy próbuję mówić coś innego, to słyszę: „Panie Staszczyk, niech Pan tak okrakiem nie siedzi na płocie, bo to sobie kurwa można jaja poharatać”.
W Polsce źle jesteś przyjęty, jeśli nie opowiesz się po żadnej ze stron. Jesteś wtedy podejrzany. A ja tą płytą wychodzę ponad podziały na PO i PiS. Ale moim zdaniem, nie można każdemu rodzącemu się w Polsce dziecku przeklejać na czoło naklejki z napisem „PO” albo „PiS”. A próbuje się to robić. Tymczasem od urodzenia powinno nam towarzyszyć hasło, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. W demokracji światopoglądy zawsze będą się ścierać, ale to od nas zależy, jak to będzie wyglądać.

Było już kilka takich okazji do narodowego zjednoczenia…

Myślałem, że połączy nas przeżywanie katastrofy smoleńskiej. Myślałem, że połączy nas 11 listopada - święto nas wszystkich. Dla mnie to dzień, w którym nie muszę niczego deklarować jakimiś marszami. Nie potrzebuję tego, żeby powiedzieć: stary, ja naprawdę czuję się Polakiem, wiem, że ten kraj odzyskał niepodległość po kilkuset latach.
Łączy nas wiele rzeczy, ale nie ma wśród nich przymusu opowiedzenia się po którejś ze stron.

Rzeczywiście jest tak, że te podziały są tak destrukcyjne? Czy musi tak być? Nie można po prostu mieć innych poglądów?

Znam faceta w moim wieku i drugiego, trochę starszego. Kiedy ich dzieci były mniejsze, jeździli ze sobą na wakacje. Pewnego dnia posprzeczali się w internecie, bo jeden jest bardziej ze strony „Gazety Wyborczej”, a drugi mówił, że Jarek Kaczyński jest spoko. I się już nie widują.

U nas w zespole też nie wszyscy głosowali na jedną partię, mamy różne poglądy, ale nie zrywamy przez to kontaktów ze sobą. Przecież to nie jest Jugosławia - nie ma różnicy ani w religii, ani w narodowości. Za konflikt odpowiedzialne są dwie strony, i wiele wydarzeń. Z jednej strony jest niewyjaśniona katastrofa smoleńska, jest żal tych ludzi, których ona dotknęła. Po okrągłym stole wszyscy cieszyliśmy się ze zmian, ale sprawy przy nim omawiane też mogły być inaczej załatwione – trzeba rozumieć inny punkt widzenia.

Brzmisz jak muzyk z misją. Nie masz obaw co do przyszłości?

Nie opowiadam się za pojednaniem ze strachu. Zawsze mówiłem to, co chcę, odważnie. Nie opowiadam się po żadnej ze stron, bo uważam, że ani nie ma mądrych rządów, ani rozsądnej opozycji. Ale nie demonizuję tego, co się dzieje. Nie mam paranoi, że zaraz będziemy do siebie wszyscy strzelać, ani że te rządy są faszystowskie. Przeraża mnie natomiast język nienawiści i przyzwolenie na niego, agresja, którą karmią mnie też media. A to teraz nie trzecia władza, a pierwsza! Widać to w języku, w działaniach ludzi, przesiąkniętych podziałami, które utwierdzają media.

Mówisz, że stajesz ponad podziałami, że chcesz jednoczyć, ale słyszę od Ciebie sporo gorzkich słów.

To nie jest płyta, która atakuje PiS. Mówię o rzeczach, które mnie martwią, bo po prostu kocham Polskę. Kocham ten kraj bez jakiejś paranoi, dzielenia na lepszych i gorszych Polaków. Ale mamy takich polityków, jakich mamy - chciałbym mieć mądrzejszych. Chciałbym też, żeby ci co rządzą, bardziej płynęli z tym, z czym idzie świat, czym żyje świat, a nie uprawiali anachroniczną politykę, która śmierdzi skarpetą. Ale oni uznają, że takie anachroniczne paliwo potrzebne jest do zdobywania głosów, a to nie podoba mi się jeszcze bardziej.
Boję się też przyzwolenia na chamstwo, na nacjonalizm. Przyzwolenia dawanego po cichu. PiS nie powie wprost, że popiera nacjonalistów czy narodowców. Ale nie ma też jasnego stanowiska, jakiego mnie bardzo brakuje: jesteśmy prawicą, ale nie wspieramy nacjonalizmu. Wydaje mi się, że to jest cynizm polityczny – bo przecież liczą się głosy.
Druga strona z kolei jest niemrawa. Ciągle trochę pretensjonalna, oparta na kliszach. Zwraca uwagę oczywiście na ważną sprawę Trybunału, ale mówiąc o niej, czepia się tylko jednej rzeczy.

Ta płyta jest pocztówką z 2016 roku. Ale nie chciałbym, żeby to, co opisuję np. w utworze „Marsz”, w przyszłości się sprawdzało.

A jak Tobie się dziś żyje?

Ja właściwie oswoiłem się z Kaczyńskim, chociaż on nigdy mi się nie podobał. I tutaj nie ma zmiany, bo ja nigdy nie będę za bardzo na prawo. Ale widzę też rozsądek w niektórych posunięciach. Idąc dalej, nie wszystkie portale czy media prawicowe są z marszu ultrazłe. Nie mam problemu, żeby pogadać z dziennikarzem z gazety prawicowej. Piosenka „Marsz” w portalach prawicowych była oceniana w sposób wyważony - że to nie jest opowiedzenie wsparcie którejś strony, tylko po prostu troska o kraj.

Nie odpowiada mi natomiast retoryka, o której mówiłem. Wiesz, ja pamiętam Gomułkę, choć byłem jeszcze dzieckiem. Te jego słowa klucze, np. o tym, że „mamy tu wrogów”. Kaczyński wie, co robi, używając takiego języka. Ale to sprawia, że jest politykiem lokalnym, a nie mężem stanu…

Z drugiej zaś strony PiS, jak już się dorwał do władzy, to przestał widzieć granice. I cały czas mówi tylko o mandacie wyborczym - że oni go dostali i dlatego mogą realizować swoją wizję historii, wizję Polski. Nie ma różnorodności, są tylko jakieś paranoje.

Na płycie śpiewasz o wojnie. Obawiasz się realnego konfliktu zbrojnego? Tego, że ten spokój w którym żyjemy od 1945 roku, zostanie brutalnie przerwany?

Pierwszy raz tak czuję. Wiadomo, że to prężenie muskułów przez duże mocarstwa ma miejsce tylko w mediach, że oni grają wojną, a tak naprawdę wcale jej nie chcą. Wojna pokazana w piosence nie pokaże tego, co się dzisiaj dzieje np. w Syrii. Po prostu budzisz się rano i nie odprowadzasz swoich dzieci do szkoły. Nie ma znaczenia, co robiłeś, kim byłeś, jak stałeś ekonomicznie, czy byłeś gwiazdą rocka, czy biznesmenem, czy byłeś biedny, czy bogaty. Są inne dylematy: często z żoną gadam o tym, jak to by było.

I co Wam z tych rozmów wychodzi?

W 1939 roku Witold Gombrowicz wyjechał i przez wielu został potępiony, że nie walczył. Bo to jest dylemat - umierać za ojczyznę czy ratować siebie? My tak naprawdę nigdy z czymś takim nie obcowaliśmy. Wojna w Jugosławii była dla nas jakimiś ich wewnętrznymi problemami. A teraz na próbach są takie pytania: „panowie, ale jak się na Łotwie coś zacznie dziać, to ja nie wiem, ale chyba trzeba będzie coś kombinować i może spierdalać”. Tak realnie o wojnie nie rozmawiało się od dekad. A jeszcze lata dziewięćdziesiąte były takie cudowne - jeszcze nie byliśmy w Unii Europejskiej, ale już zaczęło się otwarcie. Europa wydawała się czymś innym. Mieliśmy słuchać fajnej muzy, mieć może durnych polityków - raz lepszych, raz gorszych - ale demokracja dała nam możliwość wyboru.

A teraz sytuacja nas trochę przerosła. Bo nagle Europa staje przed problemem rozpadu jedności. Gdzieś tam próbuje się bronić, ale nie wie, co zrobić z biedą, która wylewa się z Afryki i Azji i maszeruje do Europy jak do raju szczęśliwości. A ten raj nie jest wcale rajem, tylko piekiełkiem, gdzie każdy ma swoje problemy.

Znowu mamy takiego pecha historycznego. Ledwo powąchaliśmy przedsionek wolności, ledwo weszliśmy, a tu nagle sytuacja jest taka, że… Zobacz: Londyn, Bruksela, Paryż, może Warszawa - idziesz ulicą, idziesz na koncert, a tu nagle coś jeb, bo gościu chciał się wysadzić…

A gdzie jest według ciebie największe źródło zagrożenia. To różnice kulturowe wynikające z emigrantów? Terroryzm? A może popatrzymy na siebie, bo wszystkie wojny po 1989 roku w Europie wywołali Słowianie….

Jugosławia, a potem Rosja kontra Ukraina. Ten drugi konflikt jest jednak związany z polityką Putina. On chce potęgi - połączenia roli cara z powrotem Związku Radzieckiego. Ma priorytety ustawione na dziesiątki lat do przodu, a my swojego położenia geograficznego nie zmienimy. Pytasz o słowiańskość - z jednej strony na pewno można powiedzieć wiele o naszej zapalczywości. Nic tylko się za czerepy złapać i krzyczeć liberum veto. I tak jak wtedy nas rozdrapali, tak i teraz agentura imperialna nie śpi i czeka, by wykorzystać, jak się sprzeczamy. Ale trzeba też mówić o pewnego rodzaju cynizmie plemion zachodniej Europy, związanym z pieniądzem, z gospodarką, z biznesem. Do tego Amerykanie, którzy też kombinują, jak wykorzystać konflikty do swoich celów. A jeśli po drugiej stronie jest gwałtowność plemion wschodnich, gotowość do konfrontacji, kłótliwość, to Rosja to wykorzystuje w swym imperialnym zamyśle. Dla Putina sytuacja w Polsce jest idealna - skłócony naród to dla niego okazja, by go jeszcze porozrywać.

W jakim świecie żyje bohater twych piosenek?

Wydaje mi się, że w niektórych piosenkach ten bohater liryczny się gubi. Często z chłopakami na próbie mówimy, że nasz świat się kończy. Nasz świat, czyli świat gości otwartych, wychowanych na kontrkulturze, na mądrych piosenkach Rolling Stones i Boba Dylana. Myśleliśmy, że wręcz obciachem jest nie być otwartym. A teraz… Posłuchaj jakiejkolwiek dyskusji dwóch polityków i rób sobie przy tym jajecznicę. Nagle ich słowa stają się zwykłą kakofonią, bo po dwóch pytaniach, po grze wstępnej, łapią się za łby…
Na tej płycie, mówiąc krótko, nawołuję do pewnego rodzaju ekumenizmu politycznego. I tak mnie, kurwa, nikt nie posłucha.

Zostawiając na bok politykę. „Warszawa Gdańska” - David Bowie mocno zainspirował cię do napisania tego tekstu.

Płytę zaczęliśmy nagrywać w dniu, w którym umarł. Słuchałem go długo przez lata. Jego płytę „Blackstar” kupiłem 8 stycznia. Potem on zmarł, a ja do tego czasu nie zdążyłem jej przesłuchać. Znałem tylko utwór tytułowy. Podobał mi się, ale był dziwnie mroczny. Pytałem sam siebie: co tam u tego Bowiego? Dlaczego w głowie taki mrok? Nie wiedziałem, że to jest epitafium. Śmierć była szokiem dla wszystkich. Pomyślałem sobie, że fajnie byłoby napisać o nim kawałek.

Poza tym dosyć długo mieszkałem na Żoliborzu, gdzie opowiada się legendę o tym, że wyszedł na Plac Wilsona, przeszedł się z Dworca Gdańskiego, kupił płytę zespołu Śląsk. Za moich czasów każdy znał tę opowieść, pamiętam też księgarnię, teraz wszędzie są już tylko banki.

Chciałem napisać tekst nie tylko z pozycji fana. „Warszawa Gdańska” wydała mi się pojemnym tematem. Przecież w 1968 roku stąd wyjeżdżali z Polski ludzie pochodzenia żydowskiego, migrowali z musu.

Za chwilę pojawi się teledysk, bohaterem jest młody chłopak, trochę do Bowiego podobny. Chodzi po blokowisku, chodzi po Mordorze - nie umie się odnaleźć, jakby był totalnym outsiderem. I nagle dostaje powołanie do wojska i trafia na poligon. Dostaje hełm, musi walczyć – ale nie wie przeciwko komu.

Co poczułeś, kiedy inny twój idol, czyli Bob Dylan, dostał literackiego Nobla? Wiele osób mówi, że to ukoronowanie rocka i wpuszczenie go na salony.

Nie jestem jakimś wybitnym znawcą literatury, ale jestem z tego pokolenia, co to raz na jakiś czas stara się sięgnąć po aktualnego noblistę. Dla mnie ta literatura jest równorzędna z tak zwaną wysoką. To był szczęśliwy dzień - nie mogę być obiektywny, bo jestem jego fanem. Byłem na 11 jego koncertach, w kilku kawałkach oddawałem mu hołd, mam prawie wszystkie jego płyty. Dzięki temu, że moja kochana babcia w latach siedemdziesiątych zapisała mnie na angielski, zacząłem sobie po swojemu tłumaczyć Dylana. Do tego nie wystarczy dobrze znać angielski, trzeba być mega erudytą, odczytywać literackie i religijne nawiązania: z jednej strony Biblia i Talmud, z drugiej Dostojewski i Szekspir. To jest jedyny rockman, który zasługuje na Nobla.

Kto teraz przychodzi na koncerty T.Love?

Zaraz się okaże, bo ruszamy w trasę….

…ale macie jakieś doświadczenie…

Wydaje mi się, że to jest kapela, która łączy pokolenia. Nie mamy twardego elektoratu, jak na przykład kapele metalowe czy Kazik. Koncert w Stodole będzie testem - tam przychodzi około dwóch tysięcy ludzi.

Obserwujesz ich?

Moim zdaniem to jest opcja pomiędzy 20 a 50 lat. T.Love na pewno nie jest kapelą młodzieżową. Jeśli ktoś się z nią zetknął, to przez promocję rodzinną. Na przykład starszy brat posłuchał, powiedział siostrze, ojciec słuchał, powiedział dziecku. Choć byłem z odwiedzinami w gimnazjum i byłem zaskoczony, bo młodzież zadawała fajne pytania i dostałem chyba ze trzy demówki różnych kapel…

Nie jesteśmy jakimiś królami w internecie. Zostawiamy po sobie płyty, które ludzie – na szczęście - pamiętają. A w szczególności piosenki - sporo jest takich, które gdzieś tam weszły do kanonu. Wyszedłem intelektualnie z muzyki punkowej, ale przecież nigdy się nie zamykałem. Pamiętam jak wchodził hip-hop. Niektórzy mówili: to są debile z bloku, a z kolei hip-hopowcy mówili o punkowcach: to są brudasy z Jarocina. Co za kompletna bzdura! Otwartość na muzykę zawsze była w T.Love istotna. Przez te lata graliśmy ogromne koncerty plenerowe, jak Woodstock, ale i koncerty dla korporacji, dla ludzi w gajerach. Graliśmy w kościołach, ale i w więzieniach. A ja nie dzielę ludzi – nie uważam, że jak ktoś zakłada gajer i pracuje w korpo, to jest idiotą i nie jest godzien mnie słuchać. Nie w każdym kościele i nie w każdym więzieniu się dobrze grało. Nie każdy, kto był w Jarocinie jest mądry, bo było tam i trochę debili. Ważne, żeby się nie zamykać.