MARCIN CICHOŃSKI: Na ile „A kysz!” jest dopracowane tak, by był to debiut marzeń. Ciekaw jestem czy wszystko poszło ci tak, jak chciałaś, czy spełniło twe marzenia i oczekiwania.

DARIA ZAWIAŁOW: Marzenia i oczekiwania to bardzo szerokie pojęcie. Marzę o tym, by przede wszystkim móc dalej tworzyć, grać koncerty, by coś za tym jeszcze dalej się mogło pojawić. Ale na pewno "A kysz!" to na sto procent przemyślany debiut. Bardzo długo trwało, zanim byłam na niego gotowa. Do Warszawy przeprowadziłam się, gdy byłam bardzo młoda – w wieku piętnastu lat. Byłam dzieciakiem, który kompletnie nic nie wiedział o świecie. Stawiałam pierwsze kroki, ale nie byłam gotowa na debiut. Spotkałam Michała Kusza i Piotra „Rubensa” Rubika z zespołu Lemon, z którymi tę płytę stworzyłam. Mieliśmy trochę czasu, by załapać muzycznego bakcyla, dotrzeć się przede wszystkim. I do tego musiałam dojrzeć ja, jako kobieta.

Płyta jest przemyślana – nie zmieniłabym w niej chyba nic. Może gdzieś bym delikatnie inaczej zaśpiewała, albo chórek dograła. Ale generalnie to jest sto procent mnie we mnie.

Płyta rzeczywiście brzmi dojrzale, tak jakby ś nagrywała już kolejną pozycję do swej dyskografii. Skąd to doświadczenie – dały to programy telewizyjne, występy z Marylą Rodowicz?

To obycie w muzyce to konsekwencja podjętych decyzji. To, że bardzo szybko wyprowadziłam się z domu sprawiło, że bardzo szybko musiałam dorosnąć – byłam nastolatką pięćset kilometrów od domu. Musiałam sama się ogarnąć – wszystko zrobić sama i być dorosłą osobą, która sama podejmuje decyzje. Mama i dziadkowie pomagali jak mogli, ale robili to na odległość. Zamiast być dojrzałą w wieku 30 lat zostałam nią w wieku 24. To miało ogromny wpływ na to, kim teraz jestem. Niczego nie żałuję. Wszystko co mnie w życiu spotkało doprowadziło mnie do tego momentu i tej płyty. Po drodze były "Debiuty" na deskach amfiteatru w Opolu, był "X-Factor". Byli dobrzy ludzi, których poznałam – mój mąż, który jest muzykiem

Mówisz o dojrzałości, ale przemycasz też dziecko. Tytuły nagrań „Król Lul” i „Kundel Bury” kojarzą mi się z dzieciństwem właśnie.

Muszę powiedzieć, że większość tytułów z płyty to robocze tytuły, które tworzył Michał, producent albumu, który ma głowę do dziwnych nazw, które na pierwszy rzut oka nie pasują, a potem okazuję się lepsze, niż by się wydawało. „Malinowy chruśniak” to też było jego skojarzenie – napisałam erotyk, a on od razu powiązał to tak w głowie.

W Polsce mamy problem, by w kulturalny sposób mówić o erotyce. Twój tekst – „Malinowy chruśniak” właśnie, to wyjątek. Skąd czerpałaś wzorce, bo mało ich mamy w polskiej piosence ostatnio.

Kiedy zaczęłam pisać teksty na płytę to robiłam to niejako na próbę. Ale koledzy mówili mi „trochę pokreślisz, ale coś z tego będzie”. Dali mi wiarę i otworzyłam się na tyle, by móc spróbować napisać teksty na pierwszy krążek. Teksty powstają u mnie spontanicznie. W tym utworze gitara była tak sensualnie zagrana, że od razu pomyślałam sobie, że musi to być erotyk. Napisałam tekst, Michał powiedział, że jemu kojarzy się to z Leśmianem, więc może oddać mu w ten sposób hołd. Stąd tytuł.

Ale ja się z tą piosenką nie do końca utożsamiam. Odkryłam w sobie pasję, żeby wcielać się w role, opowiadać historie, które nie do końca musiały się wydarzyć. „Kundel bury” to mój manifest artystyczny, utożsamiam się z nim. Ale niektóre opowiadają historię. „Malinowy chruśniak”, „Lwy” czy „Noce ukryte” to przykłady takich tekstów, które są kreacją. To mnie fascynuje i intryguje – strach pomyśleć, co będzie przy następnej płycie.

„Król Lul” to nagranie, w którym dzięki świetnie zaaranżowanym chórkom słychać, że wykonałaś bardzo ciężką pracę u Maryli Rodowicz. Wiele osób określa ją stwierdzeniem „Surowa, ale sprawiedliwa mama”.

To bardzo dobre określenie bo jest i surową i sprawiedliwą. Dla mnie była bardzo ciepłą osobą, ale od każdego ze swych muzyków wymaga punktualności i dyspozycyjności.
We wszystkich utworach nagrywałam chórki, więc doświadczenie u Maryli na pewno tu procentowało, to że mogłam się zgrywać harmonicznie. Na to wpływają lata pracy. Nie jestem natomiast ortodoksyjną faszystką, jeśli chodzi o pracę w studiu, nie robię tam rozróby. Pracuję z ludźmi tak, że im ufam. Mamy pełne zaufanie, nadajemy na tych samych falach. Jeśli ktoś czego nie wie – pyta. Nie ma ciśnienia, presji, czy czegokolwiek, co sprawiłoby, że ktoś by się źle czuł. Michał pracuje ze mną jak straszy brat – kiedy coś zrobię nie tak, on potrafi mnie delikatnie przywołać do porządku, czasem ja tupnę nogą, ale na polu muzycznym jesteśmy zgodni.

Nie jesteś zmęczona przebijaniem się? W zasadzie po raz kolejny debiutujesz, bo parę razy próbowałaś się przebić przez różne programy, a to za każdym razem ta sama droga: pokazywanie światu kim jesteś.

Tych programów nie było aż tak wiele…

Wielu by ci zazdrościło…

U mnie to było „Mam Talent”, „X-Factor” oraz „Szansa na sukces”. Powiem szczerze, że ja dopiero teraz tak naprawdę debiutuję, bo debiutem jest to co autor ma do powiedzenia poprzez swoje utwory. Bardzo prosto jest wyjść na scenę i zaśpiewać cover. Trudniej jest wyjść na scenę ze swoim utworem i powiedzieć światu „to jestem prawdziwa ja: to są moje utwory, które ja napisałam i ja zrobiłam – możecie to polubić lub nie”. To jest test i sprawdzian. Przychodząc do talent-show byłam dzieckiem. Przychodzą tam ludzie, którzy mają dwadzieściakilka lat, a ja miałam szesnaście. Byłam dzieciakiem i chciałam się sprawdzić. Podziwiałam Anię Dąbrowską, widziałam jak się jej udało w „Idolu” i pomyślałam sobie – może i ja tak gdzieś pójdę. Chciałam się sprawdzić. Miałam swe momenty zwątpienia, byłam zmęczona, chciałam odpuścić. Ale wtedy uświadamiałam sobie, że ja jeszcze niczego tak naprawdę nie zrobiłam.

Ludzie przychodzący do talnet-show myślą, że jak dojdą do ważnego miejsca w tym programie to pojawi się menadżer, wytwórnia, że wszystko będzie się samo dziać. Tak nie jest. Nikt za ciebie tego, co chcesz osiągnąć nie zrobi – musisz we wszystko włożyć swoją ciężką pracę. A i tak na koniec może się okazać, że nie zostanie to docenione. Niektórym pomaga łut szczęścia i karierę mają szybko. Ja się cieszę, że u mnie tyle to trwało i przeszłam taką drogę. Wcześniej pewnie wydałabym płytę, pod którą nie mogłabym się podpisać.