MARCIN CICHOŃSKI: Tytuł "Miód i dym", ciepło płyty, to jak ona brzmi – zamysłem było, by w jesienną polską szarość dać nam takie przyjemne, gorące antidotum na deszcz, śnieg i zimno?

ANITA LIPNICKA: Nie było to wymyślone z premedytacją. Tak wyszło. A nawet było tak, że kiedy robiliśmy zdjęcia do książeczki to była pełnia lata. Nawet obawiałam się, że jak ta płyta ma wyjść pod koniec listopada, to zdjęcia się nie odnajdą w tej rzeczywistości. Ale mój mąż, który jest autorem grafiki do okładki i książeczki założył takie filtry vintage, że ta aura lata faktycznie zniknęła – zrobiło się jesiennie i pięknie.

W oderwaniu od pierwszych nagrań, które ujawniłaś na długo przed premierą, mogliśmy się spodziewać rewolucji. Mówię o tym z kim, gdzie i jak płyta była nagrywana. Tymczasem to jest logiczna kontynuacja. Jest ewolucja.

W moim przypadku wszystko dzieje się bardzo naturalnie. Zawsze płyty są odzwierciedleniem momentu, w jakim jestem emocjonalnie. Są też odzwierciedleniem moich fascynacji muzycznych – jak każdy słucham płyt i nimi nasiąkam. To, co się wydarzyło teraz, to faktycznie nie jest rewolucja – to kolejny krok, kolejna wyspa, którą jako artystka odwiedzam. Jestem też coraz bardziej świadoma dźwięków i mam nadzieję, że to się przenosi na to, jak brzmi płyta. Świadoma siebie, swoich możliwości. Od dawna nie pracowałam z producentem, który bierze moje piosenki i przerabia ja tak, że ich sama nie mogę poznać. Jestem przez cały czas przy procesie tworzenia i miksów – mam swoją wizję, która mi się coraz bardziej klaruje. I to jest coraz łatwiejsze – robię to z coraz większą przyjemnością… Współpraca w studiu z Łukaszem Olejarczykiem, który był realizatorem dźwięku i razem tej płycie nadaliśmy sound i kształt ostateczny była doskonała, ale to też dlatego że dokładnie wiem czego chcę, i staram się to egzekwować. Fajnie jest natomiast mieć przy sobie ludzi, którzy czują w którą stronę chcesz pójść i są chętni by za Tobą podążać. To jest skarb wielki.

A trzeba było uciekać aż w Góry Sowie?

Nie trzeba było, ale czemu sobie nie uciec?

Bo niegdyś było tak, że było kilka studiów nagraniowych w Polsce, które było oblegane, albo wyjeżdżało się zagranicę. A teraz polscy twórcy: Ty, Hey, Happysad, coraz częściej uciekają gdzieś do głuszy, na wieś, na pustkowie. Czemu Tobie taka ucieczka służyła?

Proste wytłumaczenie – tam jest zwyczajnie łatwiej o skupienie, kiedy jesteśmy oderwani od codzienności. Gdy się ma dzieci w szkole, są obowiązki, jesteśmy żonami, mężami i jest tysiące spraw domowych: trzeba nastawić pralkę, zrobić prasowanie, zaplanować co na obiad. Te rzeczy nie sprzyjają jakiemuś twórczemu zamętowi. Postanowiłam więc, że będziemy wyjeżdżać na tzw. muzyczne kolonie i będziemy się tam oddawać tylko muzyce. I to się super sprawdziło. Zabraliśmy sprzęt, rozkładaliśmy go w domku z widokiem na jezioro. Nasze wyprawy miały miejsce w różnych porach roku, w różnej aurze. Bywało tak, że były upały i było cudnie, ale i tak, że za oknem strasznie lało i też było cudnie. W takich sytuacjach jest łatwiej o osiągnięcie maksymalnego skupienia – przebywanie razem bardzo dużo daje, bo ważne jest poznawanie siebie. W przypadku, kiedy się robi coś tak intymnego jak muza dobrze jak ludzie się rozumieją i lubią – wręcz pożądane jak się wytworzy rodzaj pewnej fascynacji, miłości czysto ludzkiej między zespołem. To sprzyja poszukiwaniom, znajdowaniu wspólnego mianownika. Trochę to brzmi jak sekciarstwo, wiem. Mamy taką swoją muzyczną sektę (śmiech).

Ale występuje tu nieodwracalność i nieuciekalność. Nawet w Londynie uciekniesz do pubu czy do sklepów. Tu jesteście skazani na siebie cały czas!

Tak, to odważna decyzja i sama nie wiedziałam, co z tego eksperymentu wyniknie. Bo tak naprawdę jechaliśmy z czystą głową i że otworzymy się na muzykę, ale bez żadnych specjalnych pomysłów. Wszystko od zera tworzyło się w tamtych okolicznościach przyrody, zarysy tekstów, zaczątki melodii. To było trochę stawianie siebie samego pod ścianą. Czułam się jak zapędzona w kozi róg i musiałam z niego z czymś wyjść. Po części był to taki artystyczny samogwałt, to wymuszanie na sobie kreatywności. W moim przypadku to jest dobra sprawa, bo ja łatwo się rozpraszam – jak się skupiam na jednej rzeczy, to nie potrafię na innej, nie jestem multituskowa. Zawsze miałam z tym problem, że jak jestem w domu, w tle chodzi zmywarka, telewizor jakiś, to trudno mi się wkręcić w pisanie piosenek. Zawsze musiałam uciekać – kiedyś uciekałam do Anglii, teraz znikam w Sowich Górach.

Jak jest w twym życiu - płyta "Miód i dym” to taka najbardziej szczęśliwa i spełniona Anita Lipnicka z wszystkich czasów.

Osiągnęłam stan spokoju. Takiego balansu w życiu. Jestem szczęśliwą żoną i spełnioną artystycznie kobietą. To wszystko się wzajemnie wypełniło, zazębiło. Spotkałam cudownych ludzi w postaci mojego zespołu, który dał mi dużo pozytywnej energii. To są ludzie, z którymi łączy mnie tak coś wielkiego – muzyka to jest nawet chyba skutek uboczny tego, co się dzieje między nami jako ludźmi. I poznałam tego jedynego człowieka… Naprawdę nie spodziewałam się, że wyjdę za mąż, że coś takiego się stanie i to w momencie, kiedy miałam czterdzieści lat. To wszystko się fajnie poukładało i rzeczywiście słychać to na płycie.

Opowiedz trochę o swoich muzycznych fascynacjach – bo płyta brzmi z jednej strony południem Stanów, z drugiej słychać tu indie z Wielkiej Brytanii, scenę songwriterską.

Jak przeglądam płytotekę to wszystko od lat kręci się wokół muzyki korzeni, rootsowej, folkowej, amerykańskiej - z różnych lat, z różnych rejonów. Mam w sobie hipisowskiego ducha. Lubię rzeczy począwszy od Joni Mitchell, która zawsze mi gdzieś tam towarzyszyła, zawsze była dla mnie ważną postacią, poprzez sytuacje bardziej współczesne, różnorodne, ale dla których folk jest wspólnym mianownikiem, prze które przewija się granie korzenne. W ostatnich latach kocham wręcz Raya Lamotagne, który jest dla mnie strasznie ważną postacią, ale tez tysiące kobiet jak Nina Nastacia, czy Laura Vailes, Marissa Nadler, Cat Power, Neko Case. Czy cudna dziewczyna ze Skandynawii, Tina Dico, której płytą „Whispers” zasłuchiwałam się do upadłego. Uwielbiam rzeczy, w których miłość do rootsowego grania przekłada się na brzmienia bardziej nowoczesne. Neofolk, altcountry bardzo lubię, Bonnie Prince Billy, czy A.A. Bondy. Z Anglii kocham Bena Howarda, Monicę Heldal albo trzy dziewczyny The Staves…

To są piękne rzeczy, ale w Polsce niestety mało znane. Dla jednych będzie to plus, dla innych minus, ale muzyka, którą teraz grasz nie należy w Polsce do najpopularniejszych, takich, którą stacje radiowe prezentują często.

Nie jestem za bardzo obecna w mediach z nowym materiałem – to fakt. Sama jestem tym zaskoczona, że na rzeczy, które teraz robię i piszę w tak małej liczbie rozgłośni czy telewizji jest miejsce. To, co robię jest uznawane za zbyt alternatywne, by mogło być prezentowane powszechnie.

"Proszę pani, to nie nasz target" – tak?

To jest dla mnie niezrozumiałe, ale żyjemy w takich czasach. Cóż powiedzieć… To są rzeczy, które ja kocham i nie mogę ich tworzyć w oderwaniu od własnych fascynacji muzycznych. Moim zadaniem jest to promować. Lubię taką muzykę i nie wyobrażam sobie nagrywania innej, naginania się do oczekiwań rynku, czy trendów panujących na rynku muzycznym.

Czy jeśli fan przyjdzie do koncercie prosząc o autograf na którejś ze starych płyt Varius Manx albo solową Anitą z czasów przed graniem z Porterem to nie odsuniesz z obrzydzeniem ręki?

Ależ nie! Podpisuję wszystkie płyty, a z moją przeszłością pocałowałam się w rękę w ubiegłym roku, kiedy odbyłam cudowną trasę "Na Osi Czasu", grając rzeczy ze wszystkich okresów mojej artystycznej działalności! Miałam wiele przyjemności i wzruszeń - to była podróż wstecz, wędrowałam po własnych śladach i śpiewałam piosenki, których nie wykonywałam czasem przez kilkanaście lat i do nich w ogóle nie wracałam. A z przeszłością nie tyle musiałam się zmierzyć, co przyszło mi taka… pokora. Przychodzili do mnie ludzie po koncertach z dzieciakami o imieniu Anita, mówiąc że te dziewczynki były poczęte, wtedy kiedy na fali był Varius Manx, albo grane były moje solowe piosenki. Poruszyło mnie to. Zdałam sobie sprawę, że muzyka, od której ja się chciałam odciąć lub zapomnieć była soundtrackiem do życia wielu osób. Ja nie mogę im tego przekreślić lub zabrać. Pomyślałam sobie – ciekawe, jak by to zabrzmiało, gdybym zagrała, to dziś mając czterdzieści lat. I teraz gdybym zaczęła śpiewać „Piosenkę księżycową”, „Zanim zrozumiesz” albo „Piękną i rycerz”. Albo właśnie „Wszystko się może zdarzyć” – całą trasę rozpoczynałam tym numerem, który przearanżowaliśmy i z moim zespołem The Hats zagraliśmy ją na totalnie amerykańską nutę. Tamte stare piosenki potrafiliśmy ugrać na nowo, ale po swojemu – to było piękne, ludzie bardzo fajnie reagowali. To była bardzo ważna trasa i cieszę się, że ją zrobiłam. To wszystko sobie ułożyłam, polubiłam na nowo siebie z tamtych lat i przytuliłam swoją przeszłość. Powstała z tego koncertowa płyta pod tytułem 'Na Osi Czasu”, którą można zakupić wyłącznie przez internet.

Co będzie dla ciebie miarą sukcesu, a co ewentualnie sprawi, że powiesz – kurde, nie udało się z tą płytą. Jeśli ten album nie chwyci, to będziesz nagle kobietą załamaną?

Dla mnie to już jest sukces. Ja się tak cieszę z tej płyty i tego, że mam taki, a nie inny zespół. Dla mnie mega radością jest granie koncertów. Wymiana energii między sceną a publicznością to nieprawdopodobna sprawa. Dopiero rozpoczęliśmy trasę i wszystko się powoli rozkręca. Na tym mi zależy. Jeśli zaś chodzi o inne rzeczy? Cóż, ja już osiągnęłam wszystko i byłam wszędzie – nie mam parcia na szkło, ani chrapki na pustą sławę. Śpiewając tyle lat byłam już ikoną popkultury, grałam też w alternatywnym zestawie z Johnem. Robiłam tak różne rzeczy, że wiem jedno. Teraz nagrywam dla siebie. To ma mnie cieszyć. Ja z tej płyty jestem dumna – tworzyłam ją z pasja i radością. Ale nie żyję w próżni, ani nie tworzę rzeczy po to, by je sobie schować do szuflady. Fajnie więc byłoby, gdyby ludzie zechcieli kupić moją płytę. Gdyby pojawili się na trasie, gdyby im się podobało i przeżyliby z nami coś wyjątkowego. Piszę i śpiewam nadal w jednym celu, i to nie zmieniło się od lat – chcę wzruszać, budzić emocje w sercach. Jeżeli widzę, że coś co stworzyłam autentyczne mówi do człowieka, to jest wielka nagroda. Dla mnie to sens tworzenia.

Jak oceniasz - skąd się wzięły w Polsce dwa równoległe światy muzyczne. Jednym jest rzeczywistość medialna – artyści, którzy pojawiają się w telewizji i są grani przez radia. A drugim są ci wykonawcy, których nie słychać w mediach, za to mają wypełnione hale.

Mamy alternatywny drugi świat, ale nie potrafię go wytłumaczyć. To przedziwna historia – może wynika to z tego, że nie mamy mediów stargetowanych do ludzi, którzy kochają różne gatunki muzyki? Pomimo tego, że mamy tyle kanałów w telewizji, tyle radiostacji, to nie mamy tematycznie ich ułożonych, jak np. w Anglii. Tam są radia, które grają tylko folk albo jazz, albo bluesa. Są platformy, na których można zaprezentować własną twórczość przeznaczoną do danego odbiorcy. U nas w radiostacjach komercyjnych jest tylko prosty pop albo stare przeboje. W mediach publicznych jest bardzo mało miejsca na muzykę w ogólności, a już ta bardziej ambitna czy alternatywna nie mieści się w formacie żadnej telewizji czy radia. Każdy nowy singiel poddawany jest tajemniczym „badaniom” na słuchaczach z łapanki, piosenka by mogła zaistnieć, musi spełniać pewne kryteria. Jak coś nie przechodzi badań, nie pojawia się na antenie. Moje piosenki rzadko pomyślnie przechodzą przez testy. Trzymam się jeszcze jakoś w Trójce i w rozgłośniach regionalnych, które często grają o wiele ambitniej i bardziej po autorsku niż wielkie ogólnopolskie radiostacje. No więc jeśli nie ma dla mnie miejsca w radiu ani w telewizji, to gdzie mam funkcjonować? Jeśli do tego nie zobaczysz mnie w żadnych rubrykach towarzyskich magazynów czy plotkarskich gazet, tworzy się wrażenie, jakby mnie w ogóle nie było! Stąd za każdym razem gdy wychodzę nową płytą, zmagam się z tematem „wielkiego powrotu Anity Lipnickiej”. A przecież ja nigdzie nie wyjechałam, ani nie zawiesiłam działalności ani na chwilę. Zasuwam jak mogę, koncertuję. Jest na szczęście jeszcze internet. Choć ja tego też do końca nie ogarniam. Ledwo opanowałam obsługę telefonu komórkowego, a świat mnie znowu wyprzedził, i dziś uczę się jak funkcjonować na portalach społecznościowych! Zgroza. Wracając jednak do tematu mediów, zadziwia mnie coraz bardziej brak poczucia obciachu w telewizji czy radiu publicznym, i kompletny brak działalności „misyjnej” w ich przestrzeni, bowiem media publiczne powinny jednak choć trochę zajmować się edukacją, a nie zaniżać standardy. To się już tyczy nie tylko muzyki.