Dziennik Gazeta Prawana logo

Krótka płyta o miłości. I jej końcu. Kortez "Mój dom" [RECENZJA]

28 października 2017, 15:18
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Kortez "Mój dom"
Kortez "Mój dom"/Media
Oczekiwania były ogromne, ale rozczarowania na szczęście nie ma. Jest nawet lepiej niż ktokolwiek po pierwszej, świetnej płycie mógł przypuszczać. Dostajemy do ręki album koncepcyjny, dojrzały, dopracowany, przemyślany i… nieprawdopodobnie smutny.

Ciężko uwierzyć, ale z Kortezem jesteśmy zaznajomieni wciąż bardzo krótko. W kwietniu 2015 roku pojawiła się w radiowej Trójce piosenka „”. We wrześniu pojawiła się cała płyta, która pokryła się już podwójną platyną. Na koncerty kompletnie nieznanego artysty spieszyły tłumy. W miejscach, w których Kortez miał wystąpić raz, grał dwa albo i trzy razy. Korteza chciano wszędzie, a kolejne piosenki szturmowały… No właśnie, rozgłośnie komercyjne nagrań z debiutanckiej płyty „” nie pokochały. Pewnie jeszcze długo zadawać będziemy sobie pytanie – czy ludzie tak interesowali się Kortezem także i z tego powodu, Wykluczenie mogło stać się atutem, bo do ładnych melodii trzeba było docierać. A to, o co walczymy smakuje lepiej i ma smak owocu, który nie dla wszystkich jest na wyciągnięcie ręki.

Płyta miała entuzjastyczne przyjęcie – recenzenci wskazywali, że kogoś takiego brakowało. Smakowały teksty, które delikatnie, nie łamiąc niepisanych granic, ocierały się o kicz w stylu Tercetu Egzotycznego („”) z drugiej zachwycały poetyckimi subtelnościami, jak w przypadku „”.

Zaproszenia do występów na wielkich festiwalach telewizyjnych, Opener, Fryderyk za debiut roku – wszystko to sprawiło, że od wspomnianego kwietnia 2015 roku do dziś Łukasz Federkiewicz awansował do grona najbardziej rozpoznawalnych, a płyta „” jest jedną z najbardziej oczekiwanych. O tym, jaka będzie fani spekulują od dawna, a nagranie „” (pierwsze miejsce w radiowej Trójce) tylko rozgrzało wyobrażenia.

10538483-kortez.jpg
Kortez

Wzrok oczywiście przykuwa okładka, która w oczywisty sposób kojarzy się z klasycznym dla rodzimego rocka albumu, płyty-pomnika, płyty bez której polska muzyka gitarowa nie wyglądałby tak samo, czyli „Blues” Breakoutu. Podobieństw jest tu więcej – płyty są krótkie, zawierają raptem dziewięć nagrań, ale ładunek emocjonalny na nich zawarty jest podobny.

Na tym jednak podobieństwa się kończą, bo muzycznie są to światy inne, niemal odrębne.

Ogromnym plusem płyty „Mój dom” jest wielopłaszczyznowa spójność. Nagrania utrzymane są w podobnej barwie, nie stanowią zbioru eklektycznych rytmów. Znający tylko „Dobry moment” mogą spodziewać się, że podobna tonacja obowiązuje w większości innych nagrań. Kompozycje zawierają zaskakująco dużo oddechu, przestrzeni – dostajemy czas, by ładunek emocjonalny zawarty w słowach (pisanych przez Agatę Trafalską przy współpracy z Kortezem) odpowiednio przyswoić.

A przyswajać jest co, bo jedno z najbardziej emocjonalnych wyznań w polskiej muzyce ostatnich lat.

Jestem przeciwnikiem, wręcz zagorzałym wrogiem zaglądania artystom do statusów związków lub podglądania tego, co dzieje się w sypialni. Nie da się jednak ukryć, że „” to wyznanie człowieka, który przeżył traumę rozstania. „e” – wyznaje w „Kortez, a chwilę wcześniej w nagraniu o przewrotnym tytule „” słyszymy: „”.

Na płycie słyszymy jednak, że nie zawsze tak było, a siła namiętności i miłości była znacząca. W „”, pojawia się sformułowane z lekkim wyrzutem”. Co potem wiemy aż za dobrze: „”.

Kortez mało rzeczy pozostawia tak dokładnie nazwanymi. Z wieloma pytaniami pozostawia nas samych – czy godnością jest walka o związek, w którym nic już nie będzie takie samo, w którym być może wszystko już umarło, czy lepsze jest rozstanie, układanie sobie na nowe, nowe poszukiwania, nowe emocje. Czy warto próbować i walczyć („”), czy to tylko ułuda, wyobrażenie jak to mogło by być, gdyby chcieć próbować reanimować tymi samymi, sprawdzonymi i przyjemnymi bodźcami.

Nigdzie nie mamy przesady, ani tym bardziej patosu. W wielu momentach mamy wrażenie niedosytu; być może emocje – w słowach i dźwiękach - chcielibyśmy początkowo usłyszeć mocniej, dobitniej, z większą wyrazistością. Brak dosłowności staje się atutem w kolejnych przesłuchaniach – nadmierna ekspresja połączona z tak delikatną materią mogłaby najzwyczajniej drażnić.

W nagraniach dominują potęgujące nastrój instrumenty klawiszowe. Zaskakujące, przypominające lata osiemdziesiąte brzmienie przybierają tylko raz w kończącym płytę „Wyjdź ze mną na deszcz”. Kończące pasaże to czas na przemyślenia, być może na wzruszenia i łzę. I na to, by przycisk play w odtwarzaczu nacisnąć jeszcze raz.

Świetna, choć dojmująco smutna to płyta. Zostanie z nami na lata.

Kortez „Mój dom”; Jazzboy 2017; premiera 3 listopada 2017; ocena 10/10

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj