Opublikowane ostatnio podsumowanie roku potwierdziło smutną prawdę – nowi artyści przebiją się u nas wyjątkowo wolno, bardzo długo torując sobie drogę na szczyt. To powoduje, że główny nurt rozrywki zdominowany jest przez te same twarze. Po 2010 roku z największych debiutantów, którzy się przebili wymienić możemy w zasadzie tylko Dawida Podsiadło oraz Korteza oraz – popularny na koncertach – zespół Hańba! Tego ostatniego nie uświadczymy w mediach, bo żyjemy w kraju, w którym rządzi klątwa inżyniera Mamonia. By spróbować ją odmienić, nie tylko nie będziemy jej przypominać, ale i pokażemy trzech wykonawców, na których warto mieć baczenie.

To bowiem sytuacja niezwykła – pierwsze trzy tygodnie stycznia przyniosły nam trzech niezwykle mocnych, wyrazistych debiutantów. Takich z wizją, pomysłem na siebie i świetną muzyką.

Pola Rise tworzy od lat czterech. Jej małym debiutem było EP „Power of Coincidence”. Pola tworzy w języku angielskim, korzysta z najlepszych studiów nagraniowych na świecie, ma też swój rozpoznawalny od pierwszych brzmień styl. To pełna chłodu, wymieszana z popem elektronika, która z jednej strony każe nam myśleć o ostatniej płycie Royksopp, a z drugiej… Pola w teledyskach, sesjach zdjęciowych i sposobie produkcji skierowuje nasz odbiór na Skandynawię. Ale to tylko pozór, bo bardzo wiele rozwiązań, które na płycie „Anywhere But Here” dominują, to rzeczy, które pamiętać możemy z lat osiemdziesiątych, czasem nawet zahaczając i twórczo przerabiając stylistykę new romantic. Słychać osłuchanie, widać obserwacje. Nie zdziwię się jednak, jeśli najpierw Polę zauważy świat, bo w Polsce tak nowoczesne rytmy przebijają się wolniej.

Pola Rise "Anywhere But Here"; Warner Music Poland 7/10

Bownik zostanie wpierw zauważony w Polsce, bo na debiutanckim albumie „Delfina” w tym języku śpiewa. Podobnie jak w przypadku Poli jego pojawienie się poprzedziło wydanie EP i zbieranie doświadczenia. W 2018 roku debiutem „Delfina” trio unika płacenia frycowego. W opisach muzycy starają się omijać szufladkowanie, sami unikając jak ognia etykietowania stylistycznego. Bo rzeczywiście mikstura to spora – słychać tu i pop, i electro, i funk, i fascynację hh. Pomysłem spajającym jest ciepło brzmienia, zaklinanie barwa głosu, na którą aranżacyjnie zwraca uwagę sposób podania instrumentarium. Co najmniej cztery nagrania są natychmiast do wzięcia i zakochania przez rozgłośnie radiowe.

Bownik "Delfina"; Kayax 6/10

Na koniec niezwykły oryginał, czyli Rosalie. Nie było jeszcze u nas takiej produkcji, która rnb wnosiłaby do naszego kraju w brzmieniu, które nie odstrasza sztuczną próbą łączenia tego, co nasze z rytmami, które od co najmniej czterech dekad rozpalają scenę za oceanem. Praca nad osiągnięciem brzemienia, które sprawia, że Rosalie może na dziś być zarówno gwiazdą na scenie polskiej, jak i towarem eksportowym trwały kilka lat. Efekt zaskakuje świeżością i pomysłowością. I znów – jak w przypadku artystów powyżej – na debiutanckim „Flashback” mamy radiowe przeboje, których wstydem będzie nie zaprezentować.

Rosalie "Flashback"; Alkopoligamia 7/10