MARCIN CICHOŃSKI: Nie jest ci za dobrze? Nie kłaniasz się modom, nagrywasz co chcesz, publiczność to przyjmuje… Nagrywając zastanawiacie się, czy będziecie mieli przebój, który pójdzie do rozgłośni, spodoba się ludziom?

NATALIA GROSIAK (MIKROMUSIC): Czasami się boję, że to jest sen i to się zaraz skończy. Od początku wiedzieliśmy, że „Tak mi się nie chce” będzie przebojem – piosenka miała ogromny potencjał. A wiadomo, że tego nie wezmą stacje radiowe takie mainstreamowe, ponieważ… nie mamy takich układów. Wydaliśmy płytę samodzielnie. Ale teraz to nie radia i nie telewizja są najbardziej mobilnym nośnikiem, tylko internet. To internet daje nam pozycję, którą mamy, publiczność i koncerty. Nastały takie dobre czasy dla artystów, że samodzielność nie oznacza wyobcowania – internet robi swoje.

A czy wy musicie teraz płyty jeszcze wydawać?

Nie. Nie musimy. Myślę, że nikt już tego nie musi robić. Najważniejsze jest, żeby zaistnieć na streamingach i na YouTubie. My tam istniejemy. Każdy zespół, który chce mieć dojście do fanów, musi być obecny „w internetach”.

Ile gracie koncertów rocznie?

Około sześćdziesięciu - siedemdziesięciu. To jest dla nas wystarczająca liczna – by się nie zajechać. Każdy dąży do złotego środka w życiu: niczego za wiele, niczego za mało. Dążę do spokoju wewnętrznego – mam też rodzinę, a taka liczna koncertów jest wystarczająca, żeby przeżyć, żeby mieć kontakt z ludźmi i żeby być zadowolonym z życia i dobrze żyć.

Łatwo jest być mamą w trasie koncertowej?

Nie, to nie jest łatwa sprawa. Pojawiają się takie stany, jak rozłąka z dziećmi. W pewnym momencie dzieci mają w sobie niezgodę na to, aby mama wyjeżdżała. Moje młodsze dziecko nie rozumie tego, ale moja starsza córka już zrozumiała, że mam jeździ do pracy – nie dlatego, że musi, tylko dlatego, że chce, że lubi to co robi. Że praca jest satysfakcjonująca i jest też jej hobby. Może nawet bardziej pasją. Najgorsze jest to, jak dzieci chorują. Trzeba chore dziecko zostawić z opiekunką albo babcią, albo – jak jest już naprawdę podbramkowa sytuacja – to trzeba odwołać koncert. Ważna jest też cała logistyka – ustawiania terminów, kiedy są koncerty i potem opiekunek, babci. To jest naprawdę bardzo skomplikowana logistyka. A chodzi o to, żeby moje dzieci były w dobrych rękach – to jest najważniejsze, żeby można było spokojnie jechać na koncert.

A jak trudne jest w takim momencie, kiedy dziecko choruje, oderwać się od tego stanu troski, strachu i wyjść na scenę. Bo w sumie ten człowiek, który kupił bilet, chce was widzieć w świetnej formie.

Bywały momenty, kiedy przez takie stany zespół Mikromusic był w gorszej formie – kiedy np. byłam zmęczona w ciąży, miałam chore dzieci albo sama byłam chora. Artyści to też ludzie. Tak samo, jak ludzie w innych zawodach chorują, mają zapalenie gardła, mają problemy rodzinne. Czasami wychodzimy na scenę w gorszej kondycji psychicznej albo fizycznej – od tego zależy jakość koncertów. Natomiast to jest półtorej godziny pełnej mobilizacji. Stety, czy niestety jestem wtedy w pracy. Ludzie kupili mój czas i ja im go w pełni oddaję. A po koncercie schodzę ze sceny i oczywiście: dzwonię zaraz do domu i dowiaduję się, jaka jest sytuacja. Dwa razy musiałam coś odwołać – raz plan filmowy do „Chemii”, bo moja córka trafiła do szpitala z rotawirusem, raz było podobnie z koncertem. Ale jeśli dziecko ma „tylko” gorączkę i jest w bezpiecznych rękach to wtedy mogę jechać.

A zdarzyło się, że byłaś zmęczona wykonywaniem na koncercie waszej najsłynniejszej piosenki, „Takiego chłopaka”? Taki utwór w repertuarze, a macie przecież wiele innych ciekawych kompozycji, to błogosławieństwo czy przekleństwo?

To zależy od podejścia. Świętej pamięci Zbigniew Wodecki śpiewał „Pszczółkę Maję” zawsze z uśmiechem na twarzy. Widziałam go w relacji z fanami, takimi w jego wieku, w Polanicy na festiwalu Marii Czubaszek i on nie mógł dojść do Domu Zdrojowego, gdzie mieliśmy grać w scrabble. Był otoczony tymi ludźmi, nie mógł przejść. I on całe życie śpiewał „Pszczółkę”, był przy tym wielką gwiazdą. Zobaczyłam, jak do tego podchodzi – z ogromnym szacunkiem, lubił swoich fanów i wiedział, że to jest część jego życia, część jego pracy. I dlatego mówię, że zależy to od podejścia: możesz uznać to jako swoiste błogosławieństwo, a możesz też uznać za swą klątwę. Ja uczę się od mistrza i uważam, że to, ze ja gram, że moje życie wypełniło się muzyką i mogę robić to, co kocham jest w stu procentach uwarunkowane od ludzi. To oni przychodzą na moje koncerty, przychodzą przeżyć dobry czas. I – kolokwialnie mówiąc – jestem na ich usługach. Jeżeli mi się nie podoba, to mogę tego nie robić. A wiadomo, że „Takiego chłopaka” to jest piosenka, która pomogła nam dotrzeć do naprawdę wielu słuchaczy. Więc jeśli ktoś pierwszy raz przychodzi na koncert, to chce usłyszeć tę piosenkę. I nie robię im żadnej łaski śpiewając ten utwór.

Jestem też tej piosence wdzięczna, bo to ona nam otworzyła drzwi na świat, dzięki niej możemy grać i nagrywać płyty.

I takiej złości „Ludzie – posłuchajcie, ja napisałam też dużo innych fajnych tekstów” w tobie nie ma?

Ale ludzie słuchają naszych piosenek. I cieszą się z całego koncertu. Oczywiście ta piosenka jest takim punktem otwierającym koncert, a potem dzieją się różne rzeczy i ludzie równie pięknie i żwawo reagują na inne rzeczy.

A teksty bardzo mocno zabarwione pierwiastkiem kobiecym są przyjmowane ze wszystkich ze zrozumieniem?

Mam nadzieję, że to wreszcie przestanie być nazywane „pierwiastkiem kobiecym”. Są piosenki pisane przez mężczyzn z męskiego punktu widzenia i są piosenki kobiece, pisane z kobiecego punktu widzenia. Ja zazdroszczę chłopakom, że mogą sobie pisać coś z męskiego punktu widzenia, bo świat męski posiada wiele więcej wolności i przywilejów. Chętnie też bym napisała męską piosenkę, ale piszę przede wszystkim ze swojej perspektywy widzenia. Mam nadzieję, że świat przestanie dzielić piosenki na męskie i damskie i będzie ich słuchać – ot tak, po prostu.

Jak długo tworzyliście ostatnią płytę? Pytam, bo sprawia wrażenie takiej, nad którą siedzieliście długimi godzinami dopieszczając każdy szczegół.

To była najszybciej produkowana płyta – produkcja trwała dokładnie pół roku od momentu pierwszego wejścia do studia do oddania płyty do tłoczni. Pól roku intensywnej, przyjemnej pracy. Zazwyczaj to u nas trwało rok. Tym razem nie zamykaliśmy się na tydzień, tylko trzech producentów: Dawid, Piotrek i Łukasz zamykali się w studiu na kilka dni, tam nagrywali piosenkę, w pełni się temu poświęcając. Ja tam dojeżdżałam, dogrywałam wokale – intensywny, ale wspaniały czas.

Jak wygląda dialog? Nie byłoby zespołu bez twoich tekstów i barwy głosu. Z drugiej strony mamy kompozycje – ich klimat na nowej płycie jest nieprawdopodobny. Kto tu ma prawo pierwszeństwa i ostatniego głosu?

Na tej płycie było wiele nowości. Zazwyczaj było tak, że ja układam sobie piosenkę, gram ją z gitarą i ona jest. Ale brakuje jej anturażu, czyli aranżacji. Zazwyczaj Dawid Korbaczyński wie, co już z tym zrobić. W trakcie tworzenia tej płyty były takie sytuacje, że chłopcy siedzieli w studiu trzy dni i nagrywali i dodawali: a to jakąś harmonię, a to coś nowego. I to ja dochodziłam do nagrań i dopisywałam słowa i robiłam z tego piosenkę. Do niedawna Dawid był producentem – on wyprodukował „Piękne konie” oraz „Matki i żony”, ale przy płycie „Tak mi się nie chce” się to zmieniło – pojawiły się trzy różne sposoby myślenia. I stąd różnica.