MARCIN CICHOŃSKI: Lubisz wracać do Dąbrowy Górniczej?

DAWID PODSIADŁO: Lubię. To dom. Mam uczucie, jakbym wkraczał w strefę geograficzną, gdzie wszystko jest poukładane, gdzie nic mi nie grozi, jestem bezpieczny. To jest azyl, nie muszę się niczego bać i posiadam wszechwiedzę na temat tego, jak Dąbrowa jest zbudowana, kto tworzy to miasto i gdzie mam pójść, żeby znaleźć to, czego w danym momencie szukam. Fajnie jest mieć takie miejsce, które się zna.

- Przeczytałem, że Zagłębie Dąbrowskie jest tak naprawdę częścią Małopolski.

- Tak? Myślałem, że Śląska!

- Ja też, ale przygotowując się do rozmowy znalazłem taką informację. Pomiędzy Zagłębiem i Śląskiem jest też słynny od lat konflikt. Czułeś się jego częścią?

- Nie. Ale wiem, że ten spór najwyraźniej widać w starszym pokoleniu, bo oni mają inne doznania i wspomnienia i ten podział był bardziej znaczący. W moim pokoleniu jedyna przestrzeń, w której to było widać, i są to lokalne kluby piłkarskie. Wszystkie mają bardzo oddanych kibiców.

- Pojedynki piłkarskie mamy chyba wszędzie.

- To prawda. Wracając – bardzo niedaleko mamy z Zagłębia do Katowic. A Sosnowiec i Katowice są naprawdę blisko, dlatego bardziej dało się obserwować ten spór.

- A jak to postrzegasz: wychowałeś się w aglomeracji, czy w mieście Dąbrowa Górnicza?

- W mieście Dąbrowa Górnicza! Pierwsze dziesięć lat życia spędziłem w bardzo specyficznym miejscu, które nazywa się Osiedle Młodych Hutników. Jak ludzie zaczęli zjeżdżać do Huty Katowice – przyjeżdżali tam w sumie z całej Polski – to zostały wybudowane miejsca, w których oni mogli po prostu żyć. Trzeba było to zbudować szybko i od razu dla wielu osób. Powstały takie blaszane budynki, w których w zimie protekcja przed mrozem była żadna. Jak zamykaliśmy okno w sierpniu, to otwieraliśmy w kwietniu, a jeszcze trzeba było je uzbrajać dodatkowymi materiałami.
Zawsze byłem osiedlowym chłopakiem. Później przeniosłem się dużo bliżej centrum miasta Dąbrowa Górnicza. To otworzyło nowe możliwości – bliżej szkoła muzyczna, nowi ludzie. W sumie… O co pytałeś?

- Nie jest to ważne, bo dobrze odpowiadasz. Pytam cię, bo ja do mniej więcej 40 roku życia, czyli zmieniło się to trzy lata temu, miałem jazdę, że bardzo nie lubię mojego rodzinnego Radomia i zarzucam mu wszystko co najgorsze. Byłem mentalnie małomiasteczkowy. Miałem kompleks „małego Radomia obok wielkiej Warszawy”. Dopiero potem zrozumiałem, że to co traktowałem jako wady to tak naprawdę zalety, a więcej zła jest w Warszawie jako molochu. Ty nigdy nie uciekałeś od miasta i atmosfery?

- Mam i miałem zawsze dobre relacje z moim miastem. Ale poszedłbym dalej i podpiąłbym to pod ludzi. Wydaje mi się, że miałem szczęście do naprawdę życzliwych ludzi. Takich z dobrymi intencjami. Niezależnie od tego, czy mówimy o Warszawie, Radomiu czy Dąbrowie Górniczej jeżeli ma się szczęście do ludzi, to lubi się miejsce, bo to oni tak naprawdę je tworzą. Patrząc ostatecznie na komentarze – na „Małomiasteczkowego” itd., odkryłem że sprawiam być może wrażenie jakbym krytykował stolicę i centrum Polski. W reinterpretacji tego utworu pokutuje schemat zachowań ludzi, którzy przyjeżdżają do tego miasta i zaczynają się zachowywać w sposób, w który wydaje im się, że tutaj będzie pasował. Trochę zapominają o swojej tożsamości. Wydaje im się, że jeśli przyspieszą, naszprycują się dragami i nie będą spali przez tydzień, bo trzeba imprezować i bronić honoru balangi, to będzie fajnie.
Ostatnio pomyślałem też, że oni boją się zostać nudnymi. I spodobało mi się ostatnio, że chciałbym zakomunikować siebie jako mało atrakcyjnego człowieka. Odważnie przyznaję – jestem nudnawy. Ja się ze sobą nie nudzę, ale ludzie, którzy przebywają w moim towarzystwie mogą się czasami nudzić – robiąc rzeczy, które mi sprawiają przyjemność. To jest chyba ciężkawy, ale i słodki, ciepły komunikat – nie bójcie się być nudnymi. Jeżeli jesteście to zaakceptujcie to. To jest też spoko – można tak żyć i można czerpać z życia przyjemność.

- Która interpretacja małomiasteczkowości w „Małomiasteczkowym” zaskoczyła cię najbardziej?

- Szczerze przyznam, że jak pisałem ten tekst to miałem coś w głowie – emocje, przemyślenia. W momencie, w którym to się zderza z odbiorem i komentarzami ludzi nabierasz nowego spojrzenia na ten utwór. Zaczynasz myśleć – ludzie to tak rozumieją, to może rzeczywiście źle poukładałem te słowa. Odrobinę zaskoczyło mnie, jak bardzo negatywne emocje może to wzbudzić u niektórych. To były jednostki, ale przykro mi, że ktoś poczuł się atakowany. Na tej płycie bardziej niż atakować, chciałem opisywać konkretne sytuacje. Wychodzić z pozycji obserwatora niż kogoś, kto będzie egzekwował inne zachowania od ludzi. Bardziej opisać coś, co doświadczyłem – czasami spotęgowane, czasami zelżone. Opisać redaktorsko, obiektywnie – nie tak, żeby mówić: to jest złe, a to jest dobre.

- Opisać – co chyba najważniejsze – w sposób przemyślany i dojrzały. Przed spotkaniem, a w trakcie przesłuchiwania płyty aż sprawdziłem czy dobrze pamiętam twój wiek: 25 lat. Ty dogadujesz się z rówieśnikami?

- Dogaduję, chociaż dużo łatwiej przez całe życie gadało mi się ze starszymi ludźmi. To nie musiały być różnice dwudziestu lat. Bardzo dobrze czułem się zwłaszcza w towarzystwie starszych dziewczyn.

- To ciekawe - w domu podczas przesłuchiwania płyty moja pani powiedziała wsłuchując się w słowa, że jak nic masz związek ze starszą kobietą.

- Patrząc na wszystkie moje doświadczenia damsko-męskie, to zdecydowana większość to były relacje ze starszymi dziewczynami. Nie będę się może chwalił, jakie były rekordy w różnicy wieku, ale minimalnie dwa lata. Zdarzyło mi się dziewczyny młodsze spotkać i się z nimi spotykać, ale wydaje mi się, że to się dużo szybciej urywało.
Wiek jest trochę symboliczny. Bardziej chodzi o dojrzałość, rozwój emocjonalny i oczekiwania wobec świata. I najważniejsze – osobowość człowieka.
Wydaje mi się, że na to, czego potrzebowałem od relacji z innymi ludźmi, miała bardzo duży wpływ sytuacja w domu. Mam o osiem lat starszego brata, z którym przez dziesięć lat żyłem w jednym pokoju. Jeżeli do niego przychodzili znajomi, to ja byłem tym o osiem lat młodszym bratem, który irytował. Ale chcąc im zaimponować starałem się interesować tymi rzeczami, które oni robili. Ja miałem osiem lat, oni szesnaście – zaczynali liceum, a ja byłem w szkole podstawowej. Byłem też trochę zmuszany – jeśli miałem ochotę oglądać film to ten, który akurat mój brat oglądał. Jeśli chodzi o sztukę miałem od razu kontakt z nieodpowiednimi dla wieku treściami. Choć jak mój brat zauważał potencjał filmu i jego ograniczenia i wyczuwał, że nie powinienem tego oglądać to kazał mi po prostu wyjść z pokoju. A on oglądał dalej.
Z rówieśnikami też się dobrze dogaduję. Chyba. Ale rówieśników częściej irytuje niż starszych ludzi, bo mam takie tendencje do zbędnego patosu. Starszych ludzi nie denerwuje też to, bo sami miewają coraz więcej momentów refleksji, analizowania swoich dotychczasowych decyzji. Młodsi ludzie nie chcą myśleć o konsekwencjach, lubią się skupić na dzisiaj i na tym, że szykuje się dobre spotkanie ze znajomymi niż dlaczego ja cztery lata temu powiedziałem w sklepie tak brzydko do pani…

- ...no nie żartuj, że aż tak bardzo analizujesz?!?

- Może aż tak nie, przerysowałem, ale coś z tego u mnie jest.

- Skąd pomysł by Bartek Dziedzic zajął się – po latach współpracy z Bogdanem Kondrackim – pracą nad płytą?

- Trochę sobie Bartka wymarzyłem. Słuchałem zachwycony pod każdym względem dobre kilka lat temu „Grandy”, która sprawiła, że totalnie pokochałem polską muzykę i Brodkę zresztą też. Zacząłem obserwować to, jak polscy muzycy tworzą muzykę – bardzo się tym zainteresowałem. Oczywiście słuchałem niegdyś Myslovitz, Heya i innych rzeczy, których się po prostu słuchało. To był dla mnie świeży krok w coś totalnie nowego i coś co było bliskie mojej wrażliwości i estetyce. Później był Rojek, na którego czekałem, byłem ciekawy co tam się wydarzy. Wydarzyło się bardzo dużo pięknych rzeczy – dla mnie prywatnie było też super doświadczeniem to, że płytę usłyszałem pierwszy raz w wydaniu koncertowym w Katowicach. W Mega Klubie.
Pomyślałem sobie – wiem, co robimy z Bogdanem. To jest super. Ale zróbmy krok w bok – może to będzie zła decyzja, może nie powstanie z tego nic dobrego, ale już w trakcie będę wiedział, czy tak jest. Miałem takie poczucie, że nikt na nas nie czeka. Miałem przerwę i nie musieliśmy się z niczym spieszyć. Jeżeli zrobimy pół płyty i zajmie to pół roku i stwierdzimy, że to nie ma sensu, rozstaniemy się i poszukamy dalej.

- A jak szło?

- Pierwsze miesiące współpracy z Bartkiem wcale nie były takie kolorowe. Nie było oczywiste, że spotkali się idealnie do siebie dopasowani ludzie i teraz zrobimy genialną płytę z hitami, a wszyscy będą się nią ekscytować i cieszyć. Wyjechaliśmy na tydzień, zrobiliśmy jakieś demówki. Były spoko numery, ale spoko numerów się robi dużo więcej niż dobrych numerów. Zaczynaliśmy się coraz częściej spotykać – Bartek miał inne rzeczy, ja byłem jeszcze rozleniwiony. Nie było w nas specjalnego entuzjazmu. Mieliśmy takie rozmowy, że np. dwa numery są dobre, wiec dwa zrobimy z Bartkiem, a potem poszukamy jakichś alternatyw. Ale czułem w sobie wewnętrzną niechęć do mieszania ludzi, z którymi pracuję przy jednym albumie. Nie analizuję tego przesadnie, ale wydaje mi się, że album powinien być spójny - wykluczając płyty raperów, bo tam jest to nawet fajne, jak różni ludzie robią beaty i produkują. W muzyce popowej wydaje mi się, że jest większy sens, jak jedna osoba za to odpowiada. Zwłaszcza tak kreatywna jak Bartek.
Nagle pojawił się styczeń. I wtedy, któregoś wieczoru, po seansie „Gwiezdnych wojen” miałem przemyślenia. Ułożyły się w tekst, który teraz nazywa się „Najnowszy klip”, poszedłem do Bartka i powiedziałem „ale mam numer”. Jak go nagraliśmy to się okazało, że jest bardzo fajny. Refren powstał jeszcze trochę później, ale jak napisałem ten tekst, wiedziałem że będzie dobrze. A jakieś dwa-trzy tygodnie później obudziłem się z „Małomiasteczkowym” i wtedy wszystko było już bardzo proste.

- A jak jest teraz z Bogdanem? No hard feelings?

- No hard feelings. Mamy bardzo dobre relacje i takie momenty, kiedy tęsknimy za sobą. Kiedy ja lub on słuchamy pierwszej płyty i wysyłamy sobie fragment utworu ze znaczącym pytaniem „pamiętasz?”. Bogdan i Karolina Kozak, która przy pierwszej płycie też miała dużo do powiedzenia, zupełnie szczerze mi kibicują i trzymają kciuki. I czują się – i to jest uzasadnione – rodzicami tego sukcesu.

- Była przerwa w działalności, a potem łup. Dwa hity. Narzekałeś kiedyś, że jest ciebie za dużo. A tu nagle takie zdrowe pieprznięcie z dwoma przebojami, które śpiewa cała Polska.

- Ja się bałem, że „Początek” uśmierci „Małomiasteczkowego” albo odwrotnie. Na szczęście było miejsce i na jeden i na drugi. Dobrze to się potoczyło. Pierwszy raz inne stacje, niż ta, która promowała Męskie Granie, zagrały ten numer, co jest moim zdaniem ogromnym sukcesem.

- Kortez nigdy się nie dostał do RMF, z „Początkiem” się pojawił.

- (śmiech) Ekstra! Cieszę się, że ekipa, która decyduje w jakiej formie singiel Męskiego w ostatecznej formie będzie wyglądał otworzyła głowy i odważyła się na taki ruch. Było to odejście od dotychczasowej, od kilku lat utrzymywanej tradycji stadionowych, amerykańskobrzmiących hitów. Uderzyliśmy w miękką – ja cały czas mówię też: seksowną – nutę. Nie wiem, czy to oddaje to, co chcę przekazać – ma sensualny groove, a nie mocny riff, choć jest tam riff basowy. Krzysztof, jak to przyniósł, to od razu wiedzieliśmy, że to może być coś dobrego. Ale oprócz tego mieliśmy dwa inne numery, które wyglądały na potencjalne przeboje – tylko, że były bezpieczniejsze. Wydawało mi się, że ten wybór był najodważniejszy.

- Kto ostatecznie decyduje – agencja od Męskiego Grania, czy wy?

- Decydujemy wspólnie więc ludzie którzy stoją za Męskim Graniem też mają wpływ. Ale to dobrze, bo oni nie patrzą tylko na muzykę i starają się przewidywać, jak to na każdej innej płaszczyźnie może zadziałać. To jest rzecz naturalna, na którą trzeba się zgodzić uczestnicząc w projekcie.

- A robiąc covery, które gracie na scenie – macie artystyczną wolność?

- Repertuar wynika z artystów, których gospodarze projektu do niego zapraszają. Oczywiście jest to efekt współpracy i decyzji całej grupy. Nie jest tak, ze czegoś nie zagramy bez dyskusji i negocjacji które prowadzimy pomiędzy sobą wewnątrz Orkiestry Męskiego Grania, ale także na zewnątrz z ludźmi którzy nam zaufali zapraszając nas do jej tworzenia.
Teraz robi się coraz trudniej. W przyszłym roku będzie dziesiąta edycja tej trasy. Utworów, które każdy bardzo szybko by zdekodował i ucieszył się z nich (mówię o publiczności), takich rzeczy, które są hitem, ale są bardzo szlachetne, takie, które będą wzbudzały raczej dobre reakcje…. Historia polskiej muzyki jest ogromna i wiadomo, że tych utworów jest milion, ale cały czas chcielibyśmy zachować świeżość. Bo jeśli uczestniczę w edycji, to chcę, by to było świeże. Jeśli dany zespół był coverowany, to fajnie by było znaleźć taki, który jeszcze nie był, a zarazem posiada wszystkie cechy utworu, który mógłby zabrzmieć. Cztery, czy nawet dwa lata temu było chyba łatwiej zamknąć liste utworów. Pierwszy raz graliśmy koncerty, a setlista się modyfikowała. Jakiś utwór odszedł, jakiś doszedł – tego wcześniej nie było bo mieliśmy to lepiej przygotowane na dzień startu. Szybko odnaleźliśmy wspólny język – ostatecznie ten materiał jest bardzo dobry. Szykowaliśmy się do płyty i wybieraliśmy najlepsze nagrania i bardzo przyjemnie się tego słucha. To jest zapis wielu wspaniałych momentów i chwil.

- Jak wychodzi się na scenę w taki dzień, jak 28 lipca, Tu koncert trzeba zagrać, a wszyscy mówią o tym, Kora nie żyje. Poznaliście się?

- Nie, niestety nie miałem okazji. Ale kilka osób ze składu Męskiego miało okazję współpracować. To była charakterystyczna i potężna postać, do której ciężko było nie mieć żadnego stosunku. To nie była artystka, która była komuś obojętna. Zawsze wzbudzała emocje. Widziałem, jak odbierała Złotego Fryderyka – byłem bardzo poruszony. I dowiadujesz się i masz grać… Znalazłem dużą siłę w tym, co Krzysiek powiedział, zanim zagraliśmy „Szare miraże”. By wykorzystać smutek i brak, stratę, by utwór zabrzmiał najlepiej, jak może zabrzmieć. By nie milczeć, a włożyć wszystko, co można włożyć do tego wykonania. I faktycznie – było to bardzo mocne i piękne. Na koniec koncertu został odtworzony utwór „Czarna MadonnaOrganka. Wszyscy mieliśmy moment refleksji i takiego cichego pożegnania. To są bardzo smutne momenty.

- Wrócę do płyty „Małomiasteczkowy”. Słuchając byłem zszokowany. Rozmawiamy dzień po tym, jak poznałem materiał i gdyby ktoś mnie zmuszał, bym natychmiast napisał recenzję powiedziałbym: „pas”. Podejrzewam, że dla wielu fanów też to będzie szok. A jak ty podchodzisz do premiery – z pozycji siły, mierzonej 300 tysiącami sprzedanych płyt, czy jest jakiś rodzaj strachu? Bo to też płyta momentami osobista, wręcz intymna.

- To, co się wydarzyło wcześniej – dwa diamenty, złoto z Curly Heads, wlało w serce dużo ciepła. Skala sukcesu solo oczywiście oszołamia. Te rzeczy nie sprawiają, że czuję się pewniej z wydawaniem kolejnych płyt – to nie jest tak, że sprzedałem 300 tysięcy płyt, więc macie kolejną. To nie wpływa na ten spokój. Posiadam spokój, ale z innych względów. To banał i wiem, że wielu muzyków tak mówi, ale zrobiłem to najlepiej jak mogłem. Słuchając tych utworów – niewiele bym tam pozmieniał. A jeśli coś, to zrobię to na trasie, podczas grania.

- Nie obnażasz się za bardzo?

- Nie. W mediach ograniczyłem drastycznie udostępnianie nagrań czy postów na social mediach.

- Delikatnie powiedziane. Wykasowałeś cały instagram.

- Będę uważniej chronił swą prywatność w mediach – zwłaszcza jeśli to jest w moim zasięgu, jeśli mam na to wpływ.

- A jednocześnie wypuszczasz takie utwory jak „Matylda”, „Najnowszy klip” czy „Nie ma fal”.

- No tak. Mam założenie, że muzyka powinna wychodzić ze szczerego miejsca. A też czuję taki moment, że te rzeczy, które zaobserwowałem i przeżyłem dla mnie samego są ciekawe. Czułem satysfakcję z opisywania tych doświadczeń. Miałem ochotę się tym podzielić – zawsze mam opcję wyjścia z tego komentarzem, że to są piosenki.

- Mówiąc to zdanie, tę furtkę zamknąłeś.

- (śmiech) Ale mimo wszystko to są piosenki. Zawsze sobie pozwalam na podkręcenie stanów, w których byłem, jakichś uczuć. Komentarz wtedy jest wyraźniejszy i bardziej zostaje w głowie. W umyśle odbiorcy się może ukształtować w konkretnym kształcie.
Wydaje mi się, że żeby ten współczesny pop był zauważony i znaczący, to musi mówić o prawdziwych rzeczach. Nawet jeżeli to są piosenki (a czy nie na nich polega pop?) to żeby one nie kłamały, nie opowiadały obcych historii. To jest pewien sposób, aby zachować szlachetność w muzyce, a żeby jednocześnie nie rezygnować z jej potencjału.

- Piosenki mają być ładne i prawdziwe.

- Tak. I moim zdaniem – udało mi się to się to osiągnąć. Udało mi się zrobić ładne piosenki, które w płaszczyźnie tekstowej nie są błahe i obojętne.

- Po takim solo sukcesie i przerwie spodziewałem się płyty Curly Heads. To byłoby nawet logiczne. Odejście od szlachetnego popu, pójście w rockową jazdę. Nie ma tego. Ciągle ich trzymasz w piwnicy, by trenowali?

- (śmiech) Oni sami się tam zamykają – z tego co wiem…

- Nie brzmi to dobrze.

- Prywatne relacje utrzymujemy. Spotykamy się kiedy to możliwe. Chłopaki się trochę porozjeżdżali – niektórzy są w Warszawie, niektórzy we Wrocławiu. Każdy ruszył ze swoim zżyciem dalej. Musiał znaleźć sposób na istnienie.

- Pytając wprost: projekt zamknięty?

- Na pewno nie. Nie wydaje mi się, bym kiedykolwiek mógł to zamknąć. Z mojej inicjatywy nigdy się to nie wydarzy. Powtarzam – sobie chyba najczęściej – że jeżeli chłopaki będą mieli możliwość i ochotę, to w momencie, w którym będzie przestrzeń na to – wydarzy się to, co się ma wydarzyć. Czując skalę wydarzeń i możliwości, które mamy i obowiązki stojące przed solowym projektem „Dawid Podsiadło” to… mam czasem skrajne myśli co do tego, co powinienem sam robić w następnej kolejności. Racjonalizuję sobie to i wiem, że jeśli będziemy mieli 35 lat i będzie to idealny moment na robienie kariery, to zrobimy to. Mam obawę, że jeżeli w kilku momentach w życiu nie pójdziesz za ciosem i nie wykorzystasz energii, która towarzyszy wydarzeniom, że te rzeczy mogą trochę nie wrócić. Niestety świadomość, że płytę Curly Heads możemy zrobić zawsze jest też trochę dla Curly Heads niebezpieczna.

- Święte nigdy?

- No właśnie. Ale ja będę podtrzymywał swoje stanowisko. Dopóki chłopaki będą mieli cierpliwość i ochotę, to płyta się wydarzy.

- Ostatnie pytanie. Stwierdziłeś, że pokochałeś polski rynek muzyczny. Jesteś dobrym, w byciu prorokiem? Potrafisz sam przewidzieć, co się tu sprzeda? Masz ucho do tego, co będzie mainstreamem?

- Mam ucho do tego, aby wyławiać wybitne jednostki, ale to niekoniecznie i chyba rzadko zamienia się w mainstream. W planach na przyszłość mam stworzenie miejsca – czy to będzie wytwórnia, czy agencja, organizacja, która będzie gromadzić dobrą polską muzykę i jakoś ją wspierać. Uważnie obserwuje to, co się dzieje. Jest tu wielu pięknych ludzi, którzy tworzą niesamowite rzeczy. Chciałbym móc pomóc, podsunąć jakieś możliwości.

- Nie za wcześnie na myślenie o tym, co poza śpiewaniem? Masz dopiero 25 lat!

- Wiesz… Leo Messi też pewnie już myśli o tym, że kiedyś będzie trenerem.

(W tym momencie długi i niepowstrzymany niczym wybuch śmiechu sprawił, że nasz wywiad się skończył)