MARCIN CICHOŃSKI: Zostałeś powołany. Będziesz reprezentował...

KUBA KAWALEC: Tak, będę reprezentował drużynę WOŚP. Od miesiąca chodzę na treningi. Co roku rozgrywany jest tak zwany „wielki mecz” WOŚP kontra TVN. Z TVN chyba od niedawna, prawda?"

Tak, wcześniej były to pojedynki TVP z TVN, ale gdy nadeszła "dobra zmiana", świecka tradycja została przerwana.

W ubiegłym roku zgłosiłem swoją kandydaturę, ale było za późno. W tym roku się jednak odezwali, co jest oczywiście bardzo miłe. Problem jest jednak taki, że ostatnie dwa miesiące nie trenowałem, więc muszę wrócić do rytmu. A że ostatnio wyjarałem jakieś cztery i pół tony fajek, bo miałem lekko nerwowy okres, to jak nie padnę tam na zawał, to będzie sukces. Mecz jest 9 września na stadionie Legii przy Łazienkowskiej.

Zagrasz w meczu transmitowanym przez telewizję!

Większe podniecenie czuję w związku z tym, że będę mógł zagrać na stadionie, na prawdziwym boisku piłkarskim. Ja naprawdę bardzo dużo grałem w piłkę, czy to za dzieciaka w Granacie Skarżysko, czy potem w lidze amatorskiej w rodzinnym mieście, czy aktualnie czysto rekreacyjnie, ale nigdy nie miałem okazji wystąpić na takim stadionie przy takiej publiczności. Dreszczyk jest.

Wiesz już, na jakiej pozycji zagrasz?

Nie wiem - chciałbym na takiej, na której mało trzeba biegać.

Bramkarz!

Byłem kiedyś bramkarzem, ale w piłce ręcznej. W podstawówce mieliśmy takiego gościa, który był fanem piłki ręcznej. Stawiał na nią, co było wszystkim nie w smak. Ale dzięki niemu miałem taki epizod bramkarski.

Z WOŚP jesteście rzeczywiście blisko. Zagraliście na warszawskich eliminacjach. Ćwierkają wróbelki, że w przyszłym roku pojawicie się na Pol’and Rock Festival, czyli dawnym Przystanku Woodstock. Ten festiwal po raz kolejny został oceniony jako impreza podwyższonego ryzyka i po raz kolejny nic się nie wydarzyło złego. W tle - wiadomo - jest polityka. Odbijmy się od niej. Wy jako Happysad graliście tam. Czułeś się bezpiecznie?

Zdecydowanie tak. Szczęśliwie spędziliśmy tam calutki dzień. Przy okazji drugiego koncertu mieliśmy próbę o siódmej rano. Hotel był oddalony o 60 km, więc trzeba było wstać jak kury pieją. A koncert graliśmy o pierwszej w nocy. Nie chcieliśmy wracać do hotelu, chcieliśmy zostać na miejscu, zobaczyć jak to wszystko wygląda od kuchni, jak się ten teren wypełnia i jak startuje festiwal. Cały obszar przeszliśmy, posiedzieliśmy z ludźmi. Problemem był upał jak cholera. Było ze czterdzieści stopni, dlatego na samym koncercie byłem tak zmęczony, że czułem jakby trzy doby minęły. Pewnie jestem za stary, stetryczałem do reszty, ale estetycznie to było daleko od moich preferencji. Chociaż nie zmienia to faktu, że było tam bardzo bezpiecznie, przyjacielsko, bardzo rodzinnie można powiedzieć. Nawet byłem na paru koncertach, np. na Enter Shikari, Marleyu. Byłem pod samą sceną - sporo podróżowałem. Byłem bardzo ciekawy zjawiska, bo za dzieciaka, prywatnie, nie miałem okazji się tam pojawić.

Puściłbyś tam swoje dzieci?

Bez problemu. Jak będą chciały, niech jadą. Trzymanie ich w domu byłoby bardzo niesprawiedliwe z mojego punktu widzenia. Sam w wakacje brałem plecak i znikałem na dwa miesiące, bez telefonów, bez kontaktu. Kartki się wysyłało do rodziców, a dzwoniło się z rzadka, głównie jak kończyły się pieniądze. Nie chciałbym, żeby moje dzieci siedziały w domu. Chciałbym za to dostawać od nich kartki.

Pojawienie się na WOŚP, eliminacjach w Warszawie, pewnie nikogo nie zdziwiło. Ale przyznam szczerze, że będąc przyjacielem zespołu byłem zaskoczony waszym pojawieniem się w kilku miejscach. Zagraliście koncert w Trójce, zagraliście parę imprez telewizyjnych. Czy jest tak, że przez zmianę kierunku twórczości otworzyły się wam drzwi, które były zamknięte? A może ja sobie coś dopowiadam, a przyczyny leżą gdzie indziej?

Zacznijmy od telewizyjnych, bo tu chyba jest kontrowersja największa. Zawsze byliśmy antytelewizyjni - ja jestem cały czas. Do telewizji drzwi były zawsze otwarte. Mieliśmy zaproszenia, ale mieliśmy zgodność w zespole, że to jest niepotrzebne i dajemy sobie bez tego radę. Dla mnie był to zawsze dodatkowy stres. Niekomfortowo się czuje, jak idzie na żywo. Notorycznie odmawialiśmy, mimo że np. na Opole nas parę razy zapraszano. Po jakimś czasie telewizje przestały się zgłaszać, bo wiedziały, jakie jest stanowisko zespołu.

Od pewnego czasu pojawiła się frakcja zespołowa, która zaczęła się otwierać na takie rzeczy i zaczęła lobbować, że jakby była okazja, albo na naszych warunkach, to chętnie. W zespole panuje demokracja, bardzo silnie rozwinięta, zaczęliśmy o tym rozmawiać. Zostałem przegadany. Mimo niechęci i oporu zgodziliśmy się na te dwie.

Rzeszów i Uniejów to jednak dwie inne historie.

Dwie inne bajki. Rzeszów był doświadczeniem artystycznym. Mieliśmy wolność i możliwość doboru repertuaru. Mieliśmy czas dla siebie. Zetknięcie się z innym zespołem, nowymi ludźmi, posiedzenie w dużej sali prób przez dwa dni to kompletnie nowe, świeże doświadczenie.

Weszliście do sali prób i poszło ot tak, prosto.

Tak. Rozstawione zostały dwa backliny, czyli dwa zestawy sprzętu. Nas sześciu, ich czterech. Zaczęło się od dwugodzinnego hałasu - perkusiści grali jakieś tam beaty, a wszyscy się powoli dołączali. Niezły ubaw, ale bez specjalnych efektów. Po tej rozbiegówce wypiliśmy kawkę, herbatkę i zaczęliśmy gadać o tym, co chcemy zrobić - jak oni to widzą, jak my. Wcześniej wymienialiśmy uwagi przez messangera i FB. Wiedzieliśmy, na jakich czterech piosenkach pracujemy. Umówilismy się, że zagramy po jednej swojej oddzielnie, a potem po jednej wspólnie. To był najbezpieczniejszy układ. I poszło bez komplikacji. Dopuszczaliśmy jeszcze taką możliwość, że uda nam się wspólnie skomponować coś zupełnie nowego, ale mimo dobrej atmosfery nie starczyło czasu. Trema była, owszem, bo czuliśmy odpowiedzialność za artystyczny poziom. Była fajna mobilizacja bo widzieliśmy, że obok jest Lao Che i też pracują mocno. Nikt tam nam nic nie kazał - mieliśmy wolność artystyczną. Dobrze to wspominam i oceniam, mimo że nie lubię tego całego cyklu produkcyjnego - siedzenia cały dzień, prób telewizyjnych, przeganiania się z miejsca na miejsce i czekania. Sześć-siedem godzin czekania i piętnaście minut na scenie. Producenci krzyczą - ty w lewo, ty w prawo.. Gdzieś strefa komfortu się zaburza. Mieliśmy jednak poczucie, że to fajny materiał. Na stadionie też było miło. Byłem przekonany, że nie ma prawa nikt przyjść, a żeby przyszło kilkadziesiąt tysięcy ludzi to w życiu bym się nie spodziewał.

Takie koncerty telewizyjne to w sumie mogę grać. (śmiech)

A Uniejów?

Ja do końca z tym walczyłem. Zaproszenie miła rzecz, owszem, jednak tam już producenci zażyczyli sobie wyraźnie, co mamy zagrać. Impreza pod przykrywką grania dla Ziemi, ale jakoś, gdzieś te ideały się gubią po drodze. Trochę mało wierzę, że ludzie i zespoły tam przyjeżdżają pomagać ziemi. Bardziej chyba pokazać twarz - to są oczywiście moje rozkminki, może trochę niesłuszne nawet. Pierwszy utwór wybrali organizatorzy, drugi mieliśmy wybrać sami. A ja nie lubię, jak mi ktoś każe. Ja cały czas walczę z tym, żeby muzyka nie była zamówieniem publicznym. Bo jakoś naiwnie wierzę w to, że artysta, skoro jest już zaproszony, to powinien mieć prawo do zaprezentowania się na swój własny sposób. Z pełnym ryzykiem klapy. A takie zamówienie jest dla mnie wyjściem poza strefę komfortu. Idealistycznie pojmują sztukę - jesteś artystą, szanujemy cię i ufamy, zaprezentuj się jak chcesz. Oczywiście zwyciężyła demokracja w zespole i ja to z godnością przyjąłem.

Sporo ostatnio mieliśmy podobnych sytuacji. Dzwonią ludzie z różnych urzędów, organizatorzy dni miast I mówią: “my was zaprosimy, ale jak zagracie to i to”. We mnie wtedy rośnie straszny opór. Ja nie mam z tym problemu żeby grać stare piosenki, żeby materiał był przekrojowy. Chciałbym tylko, żeby to nie był obowiązek.

Na trasie koncertowej, klubowej, set był bez starych numerów.

Tak, dwie ostatnie trasy były wykastrowane.

Jednak plenery, nie tylko sztuki telewizyjne są ze starymi numerami. I część osób troszeczkę się w tym gubi. Oczywiście pamiętam słowa Liama Gallaghera: “Festiwale, plenery - nic prostszego. Grasz the best of i wszyscy są szczęśliwi”.

Ja mam zupełnie odwrotnie. Grając plenery - dni miasta, juwenalia itd, chciałbym pokazywać ludziom aktualny kształt zespołu. W jakiś sposób przekonywać niedowiarków do nowych rzeczy. A jak jest koncert, za który ludzie płacą za bilety, set trwa dwie godziny, to tu bym zrobił ukłon. Bo część fanów kupiła bilety, by usłyszeć coś starego. Trzeba pamiętać, że nie jestem sam w zespole, a każdy jego członek ma swoją wizję koncertu, promocji, ma swoje ulubione kawałki i swój stosunek do rzeczy starszych. Póki co potrafimy się dogadać na tym polu, ustalić kompromis i jakoś ten materiał zawsze tasujemy. Atmosfera jest w każdym razie dobra. My po prostu bardzo lubimy ten nowy, w sumie zredefiniowany kształt zespołu, lubimy te piosenki, jesteśmy ich pewni i mamy poczucie, że dobrze je gramy. Ludzie na koncertach nie dają nam odczuć, jakoby coś było nie tak z nami na scenie. Nie możemy nie grać nowych rzeczy. Ja bym się bardzo źle z tym czuł. Granie samych starych piosenek byłoby niedorzeczne, absurdalne i nieprawdziwe.

Jak wiesz ZPAV publikuje raporty dotyczące polskiej muzyki. M.in. ten dotyczący najczęściej prezentowanych nagrań na antenie radiowej - airplay charts. Podsumował pierwsze półrocze 2018 roku przez wszystkie polskie rozgłośnie radiowe. I wśród tych wszystkich nowości, polskich i zagranicznych, hitów lata i wiosny znalazło się “Zanim pójdę”. Na setnym miejscu.

Na setnym? Ooo to wyróżnienie…

A jak się z tym masz? Bo przecież radio przedstawia was z mirażu.

Mam tu silną ambiwalencję. I tego nie rozumiem. Zjawisko wydarzyło się jakieś pięć lat temu. Dziesięć lat po wydaniu płyty “Wszystko jedno”, kiedy to piosenka trafiła w swój czas - to zawsze jest suma czynników, na które nikt nie ma wpływu. To nam pozwoliło nagrać kolejną płytę, pojechać w następną trasę i pewnie wydać kolejnych ileś płyt. I nagle jest 2013 albo 2014 rok i nagle RMF zaczyna to puszczać. I tylko dlaczego wtedy? Jako kawałek o statusie kultowym? Jako wspominka? To wyglądało, jakby zespół na nowo w tamtym momencie wystartował. Radia odpowiadają, że kierują się badaniami…

Tak, puszczają ludziom nagrania, a ankietowani odpowiadają, czy chcą słyszeć, czy nie. Wychodzi na to, że chcą.

No i nie możesz się złościć na radio. Ale ambiwalencję mam, bo to nas stawia często w sytuacji, która mi doskwiera, że jesteśmy postrzegani przez pryzmat jednej piosenki. Dziesięć lat, kiedy RMF tego nie puszczał, kompletnie temu zaprzecza. Wydaliśmy siedem płyt, każda jest złota lub platynowa, zagraliśmy ponad tysiąc koncertów - a na nich nikt specjalnie “Zanim pójdę!’ nie krzyczy. Ludzie nas szanują. Fanbase, który się stworzył, nie powstał wokół tej piosenki. Grupy fanów się zmieniały i redefiniowały wraz z kolejnymi płytami, a cały ich zbiór składa się z miłośników różnych płyt.

To co zawsze dawało mi poczucie wartości, tego co robimy, to nie radiowe hity, ale paradoksalnie ich brak. No bo tyle płyt, tyle koncertów, a mimo braku wsparcia w eterze ludzie są z nami i w jakiś dziwny sposób nam ufają. Trochę to pachnie fenomenem, ale to zaufanie ludzi daje nam silne poczucie artystycznego bezpieczeństwa.

W tych czasach chwyciła też piosenka “Nadzy na mróz”. Piosenka niełatwa, nie jest prezentowana w mediach, a tyle ma odtworzeń na YT i ludzie śpiewają z wami na koncertach…

To trochę potwierdza to o czym mówiłem przed chwilą. Ludzie nam chyba ufają. Przyzwyczaili się do pewnego napięcia emocjonalnego w naszych piosenkach. Wiedzą, że nie jesteśmy już zespołem łatwym, lekkim i przyjemnym. Wiedzą, że trzeba tym piosenkom dać trochę czasu na przeniknięcie do środka. Nie chcę tutaj przesadzić, że to jakieś bardzo wymagające rzeczy, ale cieszy to kiedy czytasz, że ktoś kupił płytę i czekał cały dzień żeby ją włączyć, bo chce z nią zostać sam na sam wieczorem. Lubie kiedy ludzie zostawiają sobie czas i przestrzeń, żeby docenić to co robimy. To jest chyba najwyższa forma uznania.

Wracając do "Nagich". Zespół był zadziwiająco zgodny co tego wyboru. To jest straszna rzecz wybierać piosenkę na pierwszego singla, ale tutaj wszyscy jednym głosem orzekli, że chcą pokazać zespół w łagodnej, subtelnej wersji. Ja byłem szczęśliwy, bo lubię ten utwór. A na hitach znam się mało, nie mam pojęcia co będzie przebojem, a co nim na pewno nie zostanie. Za dużo razy się pomyliłem w tej kwestii, więc uznałem, że się nie znam.

Natomiast fajnie się to wszystko złożyło, bo na początku stycznia, kiedy Nadzy ujrzeli światło dzienne, były dwudziestostopniowe mrozy, co dodało piosence pewnie wiarygodności. Miłe to było ze strony kapryśnego losu.

No i w Trójce nas zaczęli chwalić, co w sumie również było dla nas pewnym novum.

Wywołałeś Trójkę. Jak usłyszałem, że zagracie, to mimo wszystko byłem zaskoczony. Jak wy do tego podeszliście - jak do zaszczytu?

Każdy może zagrać w Trójce. Wystarczy mieć kilka tysięcy złotych. To jest moja odpowiedź.

A jak się grało?

Spoko. Oczywiście spięty byłem, bo na żywo. Ale jak już poszło bez komplikacji, to się wyluzowałem. Wiesz, stres był, bo Trójka, bo pierwszy raz, bo duża słuchalność. Miałem poczucie odpowiedzialności. Grałem z drugiej strony materiał, który prezentujemy od roku, więc szybko się ogarnąłem.

Ostatnia płyta - "Ciało obce" -to tekstowo suma ran i przeżyć. Może nawet dołów i traum. Jak to dla ciebie jest - co wieczór na trasie otwierać te rany?

To jest też forma terapii. Powtarzanie tego w kółku jednakowoż cierpienie spłyca. Jak by nie patrzeć - żeby to nie zabrzmiało źle - przestaje to być w pewnym momencie formą silnego przeżywania. Ogrywa się ten materiał i staje się on materiałem muzycznym. Teksty Happysad to jest - w pewnym sensie - moja kariera solowa. Za muzykę nie odpowiadam sam. Teksty obciążają moje konto. Zawsze to był dla mnie pamiętnik, znajdziesz tam dużo osobistych rzeczy.

Początki grania “Ciała obcego” były dla mnie bardzo mocnym wyzwaniem, ale życie na szczęście idzie do przodu.