Fenomen Browna zamyka się w połączeniu enigmatycznego songwritingu z metafizyką codzienności. "Jestem stworzony z pyłu gwiezdnego, mamy takie samo DNA", puentował w utworze z płyty . W swoich piosenkach Anglik zawsze był odniesieniem sam dla siebie. Od pierwszego solowego albumu Brown śpiewał o sobie w kontekście przemian społecznych. Wspierał klasę robotniczą, z której się wywodzi, i opisywał zagrożenia cywilizacyjne z perspektywy mieszkańca wielkiego miasta. Dumny, silny (posiadacz czarnego pasa w karate), pełen animuszu (często wdaje się w bójki, nawet z własnymi fanami) i bezustannie podkreślający, że tylko talent pozwolił mu wyrwać się z biedy. Jako 15-latek zarabiał na życie, sprawiając krowie języki w masarni, więc na pewno wie o czym śpiewa, ale krytycy nie jeden raz ciosali mu kołki na głowie za monotematyczność.
Jednak Ian Brown pozostał bohaterem Anglii. Krążek łączy typowy dla Anglika mocny, charakterystyczny puls bębnów i wzniosłe melodie.
Zamiast politycznych traktatów, jak na ostatniej płycie , czy elektronicznych eksperymentów z , słyszymy to, co w muzyce Browna najlepsze: wielkomiejskie hymny, wyskandowane do akompaniamentu groźnie brzmiących bębnów, podbite lekko elektroniką. Są tu shoegaze'owe ballady (, z przetworzonymi klawiszami, gitarami elektrycznymi i szkockim brzmieniem smyczków), kołyszące kawałki inspirowane disco z lat 80. (), tętniące wyrazistym, punktowanym rytmem perkusji i brzmieniem trąbek hymny i (z udziałem ) a nawet cover klasycznego przeboju z motywem meksykańskich dęciaków.
Zbliżającemu się do pięćdziesiątki muzykowi udało się to, co do końca nie wyszło w tym roku innemu gigantowi brytyjskiej alternatywy, Morrisseyowi. Obaj po zakończeniu działalności w swoich macierzystych formacjach obrośli legendą najbardziej, obok i , wpływowych brytyjskich artystów ostatnich dwudziestu lat. Ale angielskie listy przebojów pokazują, że tylko Brownowi udało się nagrać album, który wytrzymuje starcie z młodszą o kilkanaście i kilkadziesiąt lat konkurencją.
Fiction 2009