Wszystko zależy od tego, jakich wierszy użyje się w piosence. My od początku kładliśmy nacisk na to, żeby utwory, do których piszemy muzykę były proste i w miarę
możliwości czytelne. Zwracaliśmy też uwagę na to, by były to wiersze bliskie naszej piosenkowej estetyce. Właśnie dlatego nie sięgaliśmy po siedemnastozwrotkowe ballady, tylko bardziej
komunikatywne rzeczy.
Na pewno trzeba się lepiej wsłuchać, ale zgadzam się z Basią, że te wszystkie wiersze są bardzo komunikatywne. Na przykład z twórczości Gajcego wybraliśmy
„Wiersz o szukaniu” - jeden z niewielu jego utworów, który nie był przesiąknięty turpistyczno-męczeńską aurą. Myślę, że chodzi głównie o to, żeby postawić na nową
jakość w piosence, a nie „odśpiewywać” wiersze. Z utworu „Wesoły jestem” Wyspiańskiego wykorzystaliśmy zaledwie jedną trzecią oryginału. Podobnie
było z liryką Leśmiana, z którego utworów także wzięliśmy tyle, ile potrzebowaliśmy. Sądzę, że w takiej właśnie prostej, skromnej formie, poezja może docierać do ludzi.
Kojarzę ten wiersz, bo kiedy wybieraliśmy z pośród dzieł Wyspiańskiego ten tekst był jednym z kandydatów na piosenkę.
Dla mnie aktualny jest wspomniany „Wiersz o szukaniu” Gajcego, który znalazł się na nowej płycie. Ja go odbieram jako tekst traktujący o kondycji zagubionych młodych ludzi, o współczesnych zblazowanych 30-latkach, którymi za chwilę będziemy.
Bardzo na czasie jest też zamykający płytę „Notes” Słonimskiego. Ktoś może pomyśleć, że to utwór zrozpaczonego niedobitka wojennego, który stracił większość swoich przyjaciół, a tak naprawdę to o wiele bardziej uniwersalny tekst o samotności i wyalienowaniu współczesnego człowieka.
Nie wspominając już o „Trawie” Tuwima. Wszyscy wiedzą, że to wiersz o marihuanie, przecież facet chce się w nim „uzielić” – to bardzo aktualna sprawa.
W jakimś sensie to do nas pasuje, bo jednak ciągle robimy swoje i nie oglądamy się na mody panujące wokół. A na gorycz jeszcze chyba jesteśmy za młodzi.
Sukces tej płyty na pewno nas zmobilizował, dlatego nowa ukazała się tak prędko. Gramy też znacznie więcej koncertów i mamy zaplanowaną już dużą trasę na styczeń. Tu
wszystko działa z rocznym albo nawet dwuletnim opóźnieniem. Dopiero teraz czujemy, że zaczynamy zbierać owoce „Końca kryzysu”. Tak czy siak udaje nam się utrzymać z
działalności Pustek.
Coś w tym jest, ponieważ sporo piosenek i tekstów powstało niejako samoistnie, przez przypadek. Kiedy w maju przebywałem u znajomych w Podkowie Leśnej trafiłem na tomik
prezentujący przekrój poezji XX wieku i tam znalazłem „Notes” Słonimskiego. Zrobiłem ksero i pokazałem ten wiersz Basi. Niemal natychmiast pojawiła się jakaś melodia i
zarys akordów. Kiedy wybieraliśmy wiersze na płytę nie było żadnej górnolotnej koncepcji w rodzaju: „Interesują nas wyłącznie nietzscheańscy poeci” albo
„neoromantyzm połączone z new romantic”. Wszystko działo się bardzo spontanicznie. Bywało nawet tak, że często utwory w wersjach roboczych nagle stawały się docelowymi
kompozycjami, tak jak było np. ze „Znojem” Leśmiana. Basia śpiewa nowe melodie do wierszy, „na rybkę”, kiedy nie ma jeszcze gotowego tekstu, żeby nie
śpiewać zupełnych bzdur. Zaczęła więc nucić „Znój”. Po kilku miesiącach prób okazało się, że ten tekst tak przyległ do melodii, że nie wyobrażamy już sobie innej
wersji, mimo że były próby napisania innych słów do tego utworu. Zresztą podobny był los „Dłoń zanurzasz we śnie”.
Tu trzeba rozróżnić dwie kwestie. Pierwsza to wysyp „piosenek patriotycznych” – dla mnie zupełnie niezrozumiała rzecz. Kilku dziennikarzy próbowało
nas podciągnąć pod ten trend, ale ja się z tym zupełnie nie zgadzam i nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Nie mam problemu z tym, że kilka lat temu ukazał się album „Powstanie
warszawskie” Lao Che, na którym było kilka fajnych piosenek, ale to co się działo później, to jakaś histeria. Piosenki Akowców, piosenki wyzwoleńcze, piosenki powstańcze
– ileż można? Dla mnie to trąci koniunkturą.
Tu akurat nie ma problemu – myślę, że decydenci powinni zaprosić zespół Muse, który, sądząc po ich ostatniej płycie, chętnie wziąłby Chopina na warsztat. Ale
rozumiem ich fascynację – jak zaczynałem grać ćwiczyłem na polonezie As – dur. Nawet chciałem nagrać kiedyś utwór inspirowany Chopinem. Ale wracając jeszcze go naszej
płyty - „Kalambury” to po części reakcja na prośby fanów. Bo nasze utwory ze składanek w hołdzie Broniewskiemu czy Wyspiańskiemu nie są łatwo dostępne i trudno je było
zdobyć. Nagraliśmy je na nowo bądź przemiksowaliśmy i powstał z tego spójny album, który można normalnie kupić w sklepie.
Robiliśmy podchody do poezji współczesnej, jesteśmy mocno zaprzyjaźnieni z wydawnictwem Lampa czy wrocławskim Biurem literackim. Dwa lata temu oprawialiśmy muzycznie ich festiwal
literacki. To było kilka wieczorów wypełnionych po brzegi nowoczesną poezją. Był pomysł, żeby sięgnąć po twórczość współczesnych, ale po przejrzeniu naprawdę wielu wierszy
stwierdziliśmy, że odstają od tekstów, które już zaadoptowaliśmy, że brakuje im podobnego ducha. Większość współczesnych wierszy jest odarta z ducha mistycyzmu. Nie mówię tu o takich
naiwnych rzeczach, jak bycie dekadentem czy wiara w działanie natchnienia, ale jakiś pierwiastek duchowości, choćby tej z twórczości Leśmiana, wyparował z dzisiejszych wierszy. Owszem,
podobają mi się np. niektóre wiersze neolingwistyczne, lecz ogólnie za dużo jest w tej dziedzinie żonglerki i wirtuozerii słowa, a za mało emocji.
Raczej nie. Czas pomiędzy skończeniem poprzedniej płyty, a nagraniem kolejnej był tak krótki, że nie zdążyliśmy nawet muzycznie zgłodnieć i odkryć czegoś nowego, czym
moglibyśmy się zajarać. Podejrzewam, że mentalnie wszystko działo się jeszcze trochę na fali „Końca kryzysu”.
Na razie jest pomysł, żeby wydać płytę za granicą, ale nie ma jeszcze konkretnej koncepcji co do szczegółów. Nie wiemy więc, czy ten album będzie śpiewany w języku obcym.
Nie wiemy nawet kto miałby to wydać, choć toczą się różne rozmowy. Ale faktem jest, że chcielibyśmy grać więcej koncertów za granicą.
No oczywiście. Wiele zespołów się na tym przejechało. Choćby Rammstein, który pod koniec lat 90. miał duże szanse na karierę w USA, lecz uparł się, by śpiewać większość
piosenek po niemiecku. Z tego co pamiętam nawet wywiadów w USA chcieli udzielać w ojczystym języku. I niewiele z tego wtedy wynikło.
To jeszcze przed nami. W każdym razie musimy to jeszcze przemyśleć. Wydanie płyty po polsku za zagranicą takiemu zespołowi jak my bardzo szybko przyniosło by rozczarowanie.
To nawet nie jest francuski .
A tak poważnie – to, że nie śpiewamy po angielsku trochę nas ogranicza. Nie możemy pojechać na wiele zagranicznych festiwali, mimo że szlaki mamy już przetarte, bo nasz menadżer, Maciej Pilarczyk, wyrobił sobie wiele znajomości, pracując z Myslovitz. Może rozwiązaniem byłoby nagranie płyty pół na pół – po angielsku i po polsku? Zaczniemy się nad tym zastanawiać jak skończymy promować „Kalambury”.
Gó... prawda. Myslovitz się nie przebił, bo oni w momencie otwarcia się na zagraniczne rynki byli już gwiazdami w kraju i zwyczajnie przeraziła ich perspektywa
ponownego mozolnego przebijania się do nowej publiczności. Nie wyobrażali sobie, że mogliby zostawić swoje rodziny na pół roku, żeby pojechać w trasę koncertową po Europie.
Nie wyobrażam sobie nie mieć życia rodzinnego. To kwestia dogadania się i konsekwencji. Można pogodzić w miarę normalny tryby życia z karierą w zespole. Szczególnie jeśli już
się jest rozpoznawalnym. Wtedy można sobie ustawić tak sprawy, żeby grać koncerty przez kilka miesięcy, ale żeby przez kolejne kilka miesięcy mieć spokój.
Tak czy siak nie ma co demonizować – rockandrollowe życie wcale nie jest takie straszne.