Dziennik Gazeta Prawana logo

Szklana opera Philipa Glassa

4 listopada 2009, 17:56
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Nie przez przypadek awangardowy cykl „Terytoria” otwiera „Zagłada domu Usherów”. Przezroczysta muzyka Philipa Glassa idealnie współgra z operową strategią Mariusza Trelińskiego, w której dźwięki winny przede wszystkim nie przeszkadzać teatrowi.

Nie trzeba mistrza arytmetyki, by stwierdzić, że mowa o najbardziej płodnym i najczęściej grywanym twórcy współczesnego teatru muzycznego. Paradoks polega na tym, że status klasyka a zarazem rewolucjonisty gatunku zawdzięcza Glass dosłownie jednemu dziełu, które w ogóle nie miało być operą. . "Einstein" trafił na deski prestiżowej Metropolitan Opera tylko dlatego, że była to jedyna scena zdolna sprostać wymogom monumentalnego dzieła. Ku zaskoczeniu swoich twórców stał się jednak bezprecedensowym sukcesem. Wielogodzinne ciągi audio – wizualnych figur – hipnotyzujących regularnym rytmem oraz geometrią – uwiodły publiczność pamiętającą całkiem dobrze psychodeliczne ideały epoki hippisów. Przyznać trzeba, że

W ten sposób na arenę dziejów i zarazem do słownika popkultury trafiła "opera minimalistyczna", której błyskotliwą karierę kompozytorską – obok samego Glassa – zawdzięczają m.in. jego amerykański spadkobierca oraz Brytyjczyk . Sęk w tym, że ich późniejsze produkcje niewiele miały wspólnego z bezsprzecznie nowatorskim i totalnym "Einsteinem". Partie orkiestrowe zachowały w nich katarynkowy charakter, choć ich brzmienie złagodniało, nabierając niemal "tapetowego" charakteru. Zdecydowanie konwencjonalna stała się też forma i dramaturgia minimalistycznych przebojów operowych, choć czerpały one raczej z klasyki dziesiątej niż piątej muzy. . Nie dzieli się bowiem na operowe numery, lecz na statyczne sceny o określonej poetyce i nastrojowości, za których charakter odpowiada sztampowa muzyka ilustracyjna. Kto widział epokowe lub choćby bestsellerowe , odkryje szybko, że różnica między kinowymi oraz operowymi partyturami Glassa jest czysto nominalna. Kompozytorowi udało się zresztą przerobić tę słabość w ciekawy eksperyment z pogranicza sztuk Mowa o , czyli dosłownie operowej (z pięknymi, stylowo francuskim partiami wokalnymi) . Szkoda, że nie ujrzymy tego majstersztyku w murach Warszawskiego Teatru Wielkiego.

Sukces sobotniej premiery zależy więc w głównej mierze od pomysłowości debiutującej w operze Sukces Glassa to fakt dokonany, z którym trudno dyskutować. Wątpliwości budzi tylko jego mechanizm: w napędzającym rozwój gatunku konflikcie pomiędzy muzyką i teatrem, amerykański kompozytor nie odniósł zwycięstwa, nie osiągnął kompromisu, lecz najzwyczajniej w świecie skapitulował.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj