W naszym wieku nie obchodzimy takich rocznic (śmiech). Nie zdawaliśmy sobie sprawy, że działamy już tyle lat, a nowa płyta nie ma nic wspólnego z jubileuszem –
po prostu nadszedł czas na jej wydanie. Wielu sądziło, że Yello zawiesiło działalność, bo ostatnią płytę nagraliśmy sześć lat temu, ale to nieprawda. To kwestia metody pracy Borisa
– on dosłownie żyje w studiu i bawi się dźwiękami jak dziecko w piaskownicy. Szybko się nudzi i czasem skończenie płyty ciągnie się w nieskończoność. To tak jak kiedyś
powiedział Kieślowski: „Film nigdy nie jest skończony. On jest tylko w pewnym momencie odebrany reżyserowi”.
Nieustannie czuję się jakbym był tylko gościem na tej planecie. Dla mnie wszystko jest kwestią przypadku i chwili. Ciekawi mnie te kilka tysięcy dni, które człowiek spędza na Ziemi, a im
dłużej żyję, tym pewniejszy jestem, że nasza egzystencja jest absolutnie pozbawiona sensu. Stąd właśnie w moich happeningach tyle nonsensownych działań w rodzaju liczenia mijającego czasu
albo chodzenia po mieście i zapisywania czasu swojej obecności w konkretnych miejscach.
Znam jego prace, ale nawet dla mnie to już przesada. On poświęcił zapisywaniu liczb swoje całe życie, a dla mnie to za bardzo usystematyzowane działanie – wolę spontaniczne
projekty, zabawę, choć jego sztuka ma sporo wspólnego z moimi wczesnymi happeningami. Oboje nie zgadzamy się na bycie „użytym jako człowiek” – staramy się
pokazać, że wszystko co robimy nie ma tak naprawdę znaczenia – liczenie kawałków metalu na ulicy tak naprawdę nie różni się niczym od pracy w fabryce czy w banku. Bycie
bezużytecznym to przejaw naszego człowieczeństwa i wolności. W tym sensie go rozumiem.
Mam czwórkę dzieci i one często podsuwają mi sporo nowości, choć muszę przyznać, że większość tej muzyki mnie nie powala. Słuchając współczesnej muzyki elektronicznej mam wrażenie,
że to nie ludzie używają technologii, lecz technologia używa ludzi. Efektem są podobnie brzmiące płyty. Poza tym zawsze jest tak, że przełom trwa krótko, a później nastaje wiele lat
panowania epigonów. W każdej dziedzinie sztuki sprawy toczą się trochę rytmem grzybów – jak jest dobry klimat wyrastają szybko, a potem nie ma ich przez lata. Na razie czekam na
kolejny wysyp grzybów – taki jaki miał miejsce w jazzie w latach 50.
Sądzę, że muzykę elektroniczną może uratować tylko powrót do korzeni – do pisania dobrych melodii i piosenek. Bo sprzęt dziś częściej stanowi przeszkodę niż pomoc w tworzeniu
– tym bardziej, że często artysta jest równocześnie inżynierem dźwięku. Dlatego projektując studyjne konsole staramy się w firmie o to, żeby sprzęt był dla artysty
„niewidzialny”. Melodia i piosenka to podstawa – to się nigdy nie zmieni!
Cóż, to przyzwyczajenie ma korzenie w mojej młodości – nie wiedziałem wtedy kim chcę być i próbowałem sił jako pisarz. Strasznie lubiłem to mechaniczne uczucie przelewania myśli
na papier – maszyna do pisania nadaje temu większą wagę. Uderzenie metalowej czcionki w papier ma fizyczny wymiar, pozwala czuć ciężar słowa. Dlatego nigdy nie użyję komputera do
pisania – jest zbyt niepoważny (śmiech). Lubię też sam dźwięk maszyny.
Tak – parę razy nagraliśmy ten dźwięk, ale zawsze później umieszczany był gdzieś w tle piosenek, także nie jest to oczywisty dźwięk maszyny – bardziej dyskretny
ornament. Nie pamiętam nawet w jakich utworach wykorzystaliśmy ten pomysł – z Borisem często improwizujemy, więc takie detale umykają pamięci.
W Szwajcarii mamy sporo dobrych muzyków, wirtuozów, potrafiących grać partie Jimiego Hendriksa, stojąc na głowie (śmiech), ale to nie jest ciekawe. Zresztą cała Europa jest skazana niejako
na dyktat Ameryki – to stamtąd pochodzi przecież blues – podstawa całej muzyki rozrywkowej. Jednak siłą Yello było dyletanctwo. My nie byliśmy muzykami zakładając ten
zespół. Nie potrafiąc grać na żadnych instrumentach, musieliśmy wymyślić swoje własne uniwersum i wypracować swoje metody tworzenia muzyki, takie jak zapętlanie taśmy, czy sampling. Nasza
oryginalność to kwestia przypadku – czyli wracamy do mojej małej obsesji (śmiech).
Tak – szczególnie na początku działalności Yello, wielu postrzegało mnie jako „milionera ekscentryka”, który z nudów snobuje się na artystę. Krytycy kręcili
nosem na duet dyletantów, którzy w dodatku odnoszą sukcesy na całym świecie – to ich strasznie irytowało (śmiech). Nawet dziś prasa szwajcarska za nami nie przepada. A co do mojej
sytuacji finansowej – nigdy nie ukrywałem swojego pochodzenia, i nawet pomimo lewicowych poglądów w młodości nie odgrywałem roli „artysty z ludu”. Byłem szczery,
także osobiście nigdy nie przeszkadzało mi to w artystycznych poszukiwaniach –raczej dopingowało.