Nie bardzo, bo tak naprawdę nie przestaliśmy współpracować. Przez wiele miesięcy pracowaliśmy nad muzyką do opery poświęconej Karolowi Darwinowi. Już w
styczniu płyta z tą ścieżką dźwiękową będzie dostępna w sklepach. To jednak poboczny projekt – teraz skupiam się na swojej twórczości i dobrze mi robi ta przerwa po 7 latach u
boku brata.
W The Knife zależało nam, żeby nic nie zakłócało odbioru muzyki. Nie chcieliśmy, żeby nasze osobowości, twarze w jakikolwiek sposób wpływały na postrzeganie nasze twórczości. Stąd
maski.
Poniekąd tak, ale mimo wszystko te kostiumy pozwoliły nam się trochę odciąć od muzyki. Poza tym lubimy z bratem przeistaczać się w inne postaci, więc może tak naprawdę o to właśnie
chodzi. To dlatego w swojej muzyce często manipuluję swoim głosem, zmieniając drastycznie jego charakter. Na „Fever Ray” niekiedy brzmię jak facet – tak mocno
ingeruję w swój głos.
To nie ma nic wspólnego ze wstydem. Ja po prostu traktuję głos tak samo jak każdy inny instrument. Jeśli mam w głowie konkretny pomysł na jego barwę, to nie ma dla mnie znaczenia, czy
przepuszczę go przez jeden, czy przez pięć efektów. Nie ograniczam się.
Oczywiście szanuję Bjork, bo nagrała mnóstwo świetnych rzeczy, ale sądzę, że tworzymy całkiem odmienną muzykę. Ja cenię sobie minimalizm - lubię używać kilku instrumentów czy
brzmień, za to mocno przetworzonych, idealnie do siebie dopasowanych.
To prawda - lubię pracować na programach komputerowych, bo są wygodne. Nie cierpię tej całej masy urządzeń studyjnych - ciągłego przełączania, zmieniania kabli. To bardzo zakłóca proces
twórczy. Za to bliskie brzmienie odpowiadają jednak stare konsole, przez które przepuszczany był materiał na samym końcu produkcji. Bardzo pomogli mi też moi koledzy, m.in. Subliminal Kid,
który przeprogramował sporo brzmień, pozmieniał sample i zajął się inżynierią dźwięku. Ja nie mam do tego głowy.
Nie wiem, czy to szybko, czy nie, bo choć trwało to rok, to jednak był to rok codziennej, ośmiogodzinnej pracy, podczas której cyzelowałam brzmienia. Także mimo wszystko ten czas mi się
wydłużył. „Fever Ray” wydaje się prostą płytą, ale możesz mi uwierzyć, że praca nad tym brzmieniem zajęła mi naprawdę masę czasu.
Nie postrzegam tak tego serialu. Sądzę, że miał on w sobie wiele ekspresji i rozwiązań, które dziś byłyby nie do pomyślenia. Pamiętasz te kilkunastosekundowe sekwencje, podczas których
nic się nie dzieje? Słyszysz tylko bardzo energetyczną muzykę i widzisz zmontowane, zapierające dech w piersiach pejzaże. To były takie miniwideoklipy wmontowane w serial. Albo ryk motorówki
pędzącej w ciemność i muzyka Jana Hammera - to do dziś robi na mnie spore wrażenie. Szczęśliwie ktoś wymyślił DVD.