"Cosmic Egg"
Wolfmother
Wyd. Modular 2009
Ocena: 5/6



Każdy kto jakimś okrutnym zrządzeniem losu nie zna jeszcze rockowego repertuaru z lat 60. i 70., nie musi wydawać fortuny ma nadrobienie zaległości ani łamać prawa, ściągając nieleganie całą dyskografię Led Zeppelin – wystarczy, że zaopatrzy się w dwie płyty, w tym najnowszą „Cosmic Egg”, australijskiego bandu, który od pięciu lat zyskuje coraz większą popularność wśród fanów klasycznego oldschoolowego rocka.

Już debiutanckim „Wolfmother” zespół pod dowództwem wokalisty i gitarzysty Andrew Stockdale’a narobił sporo zamieszania cztery lata temu, kiedy to singlowy utwór „Woman” został nagrodzony nagrodą Grammy w kategorii najlepszego hardrockowego wykonania, a cały album zbierał pochwały po obu stronach Oceanu Atlantyckiego.


Pomimo personalnych zawirowań (w zeszłym roku z grupy odszedł basista i klawiszowiec Chris Ross oraz perkusista Myles Heskett) „Cosmic Egg” prezentuje się równie soczyście co jego poprzednik. O dziwo, nowi muzycy doskonale dopasowali się do wizji retro Stockdale’a, będącego niewątpliwie najważniejszym ogniwem Wolfmother. To w jego głosie słychać wielobarwne echa historii rocka, na czele z takimi gigantami jak Robert Plant, Ozzy Osbourne czy Axl Rose, choć w wywiadach Stockdale przyznaje, że wśród jego najważniejszych inspiracji na centralnym miejscu znajduje się AC/DC z płytą „T.N.T” oraz stonerrockowy Kyuss.

Jednak już otwierająca płytę „California Queen” kieruję ją w stronę zamierzchłym czasów panowania Roberta Planta i spółki, choć w drugiej części utworu wokalista przybiera pozę Axla Rose’a z czasów „Welcome To The Jungle”. W kolejnym numerze, za sprawą majestatycznych gitar, zespół oddaje hołd Deep Purple, a im dalej w las, tym więcej drzew i igraszek z retrokonwencjami – a to kwartet zapuszcza się w rejony Black Sabbath (w co drugim utworze słychać charakterystyczne ciężko człapiące gitary), a to puszcza oko do Micka Jaggera i spółki (gitary w „White Feather” to ewidentny hołd dla „Start Me Up” Stonesów), a to flirtuje z bardziej progresywnym nurtem ciężkiego grania z tamtych czasów, spod znaku Budgie (najwyraźniej słychać to w „Pilgrim”). Nawet gitarowa galopada ocierająca się niebezpieczne o terytorium, na którym grasuje zespół Scorpions w „In The Castle”, nie budzi zastrzeżeń.


Stockdale tak jak na poprzedniej płycie poszedł na całość – wygląda, śpiewa i gra, jakby urodził się w pierwszej połowie XX wieku, i choć chwilami ociera się o parodię swoich idoli, jest całkowicie wiarygodny – wszystko brzmi tu dosadnie i soczyście.

To świetna płyta, choć nie ma ukrywać, że ta tradycyjna formuła powoli zaczyna nużyć – pod koniec „Cosmic Egg” zaczyna już trochę brzmieć jak jeden wielki rockowy remiks i poszczególne numery tracą przez to na wyrazistości. Na razie Australijczycy bronią się żywiołowością i autentycznością, ale na trzecim albumie będę musieli wymyślić coś nowego, żeby nie skończyć jak Jack White i jego kolejne projekty, różniące się od siebie głównie składem...