Przede wszystkim prosiłem współpracujących ze mną producentów o muzykę, którą dobrze słyszę, bo choć dziś, po licznych operacjach i
trwającej wciąż rehabilitacji, z moim słuchem jest lepiej niż kilka miesięcy temu, to jednak nigdy nie będę słyszał, tak jak przed chorobą. Tak naprawdę bez implantów jestem
stuprocentowo głuchy. Ja po prostu nie słyszę niuansów w muzyce - dlatego bit musi być wyraźny, żebym dobrze go poczuł. Poza tym praca w studiu wygląda trochę inaczej niż zazwyczaj. Zawsze
śmieję się, że uszy służą mi wyłącznie jako podpórki do okularów, bo mikrofony procesorów aparatów słuchowych są umiejscowione powyżej, więc i słuchawki muszę zakładać inaczej.
Poza tym lubię też słuchać muzyki, którą dobrze znam, bo ludzki mózg ma taką dziwną właściwość, że jak coś dobrze zna, to później potrzebuje zaledwie skrawka materiału, żeby
„dopowiedzieć” sobie resztę. Tak jest ze słuchem i ze wzrokiem zresztą też.
To właśnie zasługa tego, że oni od początku wiedzieli, o co mi chodzi. Znali temat kawałka i emocje, jakie chcę przekazać. Dlatego „Life After Deaf” nie brzmi jak mixtape
czy składanka, ale jak spójna płyta.
Ludzie nie zagłębiają się dziś w teksty - jesteśmy już znieczuleni zalewem kiepskich słów i banałów. Ja jestem zmuszony czytać teksty, bo kiepsko je słyszę – zanikają mi one
w połączeniu z muzyką, więc lubię mieć tekst przed oczami, żebym go sobie dopowiedział w myślach. Nie szukam filozofii w tekstach, ale słowa muszą potrafić obronić się same - jeśli
mają sens, to reszta jest już przeważnie dodatkiem wspierającym ich znaczenie. Dla mnie ważne jest, że moich tekstów nie muszę tłumaczyć - one są czytelne dla każdego. Nie rymuję dla
rymowania. Zawsze przed nagraniem numeru wiem, co chcę powiedzieć.
Dla mnie mówienie o polityce to normalna rzecz. Znajomi wiedzą o tym i nawet nazywają mnie fanatykiem z racji mojego zaangażowania w politykę. To pewnie kwestia wychowania - mój ojciec był
internowany i w moim domu żyło się polityką. Drażnią mnie współczesne tendencje do relatywizowania wszystkiego. Nie rozumiem tego zacierania granic pomiędzy bohaterami i zdrajcami. Śmieszą
mnie np. ostatnie próby bronienia Jaruzelskiego, robienie z niego bohatera grającego na nosie Moskwie i wybielanie jego działań. Coraz mniej prawdy dociera do ludzi, więc ja chcę mówić to, o
czym chcą zapomnieć media i niektórzy politycy. Dlatego mówię „czerwone skur...”, nawet jeśli przebarwiły się i chowają się za gładkimi frazesami, ale dalej szkodzą
temu krajowi i nie zostali rozliczeni za cierpienie, jakie fundowali ludziom w czasach komunizmu.
Większość moich kolegów zajmujących się hip-hopem ma bardziej lewicowe poglądy, choćby Eldoka, rapujący gościnnie na mojej płycie. Po raz pierwszy spotkałem się z nim, kiedy mijaliśmy
się w konkurencyjnych pochodach - on szedł z PPS-owcami w pochodzie pierwszomajowym, a ja maszerowałem z Ligią Republikańską. Zauważyłem jednak, że im ludzie bardziej dojrzewają, tym
częściej dostrzegają wątłość łatwych i atrakcyjnych poglądów liberalnych.
No choćby mówienie prawdy czy honorowe zachowanie, rozumiane jako branie odpowiedzialności za swoje czyny. Nie wspominając o patriotyzmie, który u nas wciąż jest obciachem. Wielu ludzi, mówiąc że są patriotami, czuje się, jakby przyznawało się do słuchania disco polo. A to przecież powód do dumy. Nie dajmy się wykastrować popcornowej rzeczywistości.
Ja też jestem fanem kreacji Ala Pacino, ale w pewnym momencie zdałem sobie sprawę z jednowymiarowości tej postaci. Hiphopowa ikonografia bywa bardzo płytka – przemoc, kasa i tony koksu
– i jest fajnie. A życie wcale nie jest takie czarno-białe i proste. Dla mnie postać Montany to przestroga przed chciwością i uleganiem płytkim popkulturowym mitom, takim choćby jak
kult siły. Montana jest symbolem upadku, a ja rapuję o powstaniu z kolan.