Dziennik Gazeta Prawana logo

Król popu znęcał się nad kukłą prezydenta Busha

13 października 2007, 16:14
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Tournée George'a Michaela ma znaczący tytuł "25 Live". W sensie dosłownym odwołuje się on do jubileuszu pracy wokalisty, ale jak dowiódł wczorajszy koncert na warszawskim Służewcu, ma też znaczenie ukryte - to po prostu jedna z lepszych tras koncertowych ostatniego ćwierćwiecza - pisze DZIENNIK.
Teren Toru Wyścigów Konnych obudowano specjalnie w tym celu skonstruowanymi trybunami dla kilku tysięcy osób. Po raz pierwszy lokalizacja nie przypominała wielkiego wygonu, ale kameralny ministadion z jedną z najbardziej zaawansowanych technologicznie scen na świecie. Fantastyczna oprawa, w której główną rolę odgrywał gigantyczny ekran, przyćmiła nawet drobne niedoskonałości wokalne samego mistrza ceremonii.

Ten zaś, przebiegając półkolistym wybiegiem z jednej części sceny na drugą, dwoił się i troił, by porwać do tańca 35-tysięczną publiczność. Zagadywał i dowcipkował, ale przede wszystkim w przeciwieństwie do Anthony’ego Kiedisa, kompletnie ignorującego fanów podczas chorzowskiego koncertu Red Hot Chili Peppers, był tu i teraz.

Po spektakularnym początku w postaci "Fast Love" George Michael ubrany w elegancki czarny garnitur zaserwował publiczności wiązankę swoich tanecznych hitów "Father Figure", "Too Funky", podczas których na dwóch telebimach pojawiały się fragmenty klipów. Publiczność od razu dała się ponieść rytmom i śpiewała wspólnie z George’em.

Atrakcje wizualne nie skończyły się na dobudowanych specjalnie trybunach, wielkim ekranie i świetnych światłach - bo w czasie piosenki "Shoot the Dog" kończącej pierwszą część koncertu na scenie deus ex machina pod postacią nadmuchiwanej kukły pojawił się sam… prezydent George W. Bush. To znak, że wokalista bynajmniej nie ma zamiaru posypywać głowy popiołem, ale konsekwentnie pije piwo, które sobie nawarzył.

Po ostrej politycznej deklaracji piosenkarz zniknął w garderobie, której zawartość ponoć zajmuje aż dwie z 40 ciężarówek obsługujących trasę. Niespełna dwudziestominutową przerwę wypełnił sentymentalny wideoklip "John & Elvis Are Dead", w którym artysta przywołał duchy największych ikon światowej estrady. Kompletnie niepotrzebnie, bo - jak pokazała druga część występu - nie kto inny, ale właśnie Michael jest jedynym kandydatem do roli współczesnego odpowiednika Presleya i Lennona.

Ze sceny popłynęły największe hity piosenkarza, wśród których nie zabrakło takich szlagierów, jak: intymne wyznanie "Jesus to a Child", "Faith", "I'm Your Man", "Carless Whisper" i "Freedom '90" - legendarną już dziś kość niezgody pomiędzy artystą a wydawcą.

Wczorajszej muzycznej uczty nie zepsuła ani pogoda, ani trzykrotna kontrola wszystkich wchodzących na koncert, ani nawet supporty. Stało się regułą, że organizatorzy dobierają je według reguły: im dziwniej, tym lepiej. Dlatego wczoraj w roli rozgrzewaczy wystąpiły Novika i Kasia Cerekwicka, a za niespełna dwa tygodnie przed Rolling Stones zobaczymy Tatianę Okupnik. George Michael jest stuprocentowym profesjonalistą, nie dziwił się wyborowi organizatorów, tylko pokazał, na co go stać, i swoim koncertem zdeklasował obie artystki. Nie ma się jednak czemu dziwić, wszak jest królem popu - George'em Michaelem Pierwszym.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj