Nie, po prostu jesteśmy zmęczeni powszechnie obowiązującym i nudnym wizerunkiem muzyków jako machoherosów, kokietujących seksownym spojrzeniem z okładek większości
płyt. To śmieszne. Chcieliśmy złamać tę konwencję, tak jak staramy się przełamywać muzyczne stereotypy. To taki mały manifest głoszący: "Nie wszystko jest takie, na jakie
początkowo wygląda". Poza tym z reguły dobieramy ubiory z naszego ulubionego okresu, czyli z początku XX wieku. One po prostu doskonale pasują do naszej muzyki.
Myślę że tak. Skupiamy się zawsze na ulotnych brzmieniach. Raczej nie epatujemy wulgarnymi konstrukcjami, tylko koncentrujemy się na emocjach. Jeśli to właśnie oznacza kobiece brzmienie, to
wszystko się zgadza.
Oczywiście nasza muzyka czerpie garściami z muzyki rozrywkowej, która królowała w pierwszej połowie XX w. - z big bandów i ze swingu, ale w gruncie rzeczy jest nowoczesna. Takiej muzyki nie
moglibyśmy produkować jeszcze 15 lat temu, dopiero teraz mamy narzędzia pozwalające na tak głęboką i łatwą ingerencję w dźwięk, która jest podstawą naszych nagrań. Przecież nasze
utwory składają się z tysięcy małych elementów - sampli, fraz, melodii układanych, w całość na komputerze. Dlatego uważam, że określenie "retro" zupełnie do nas nie
pasuje.
Słowo "biznes" jest nam zupełnie obce, podobnie jak tradycyjny model kariery zespołu. Najpierw tkwisz przez rok lub dwa w komponowaniu i nagrywaniu materiału, przez kolejny rok
albo i więcej promujesz go na koncertach i przesiąkasz nim doszczętnie. Potrzebujemy przerw, żeby się zresetować. Teraz właśnie jesteśmy świeżo po tym ostatnim etapie i zabieramy się za
nowe kawałki. Wynajęliśmy niewielki dom i regularnie komponujemy. Jeśli wszystko pójdzie gładko, nowy materiał powinien pojawić się w sklepach już w przyszłym roku.
Nigdy nie uważaliśmy się za zespół nujazzowy, bo zaczynaliśmy tworzyć muzykę, jeszcze zanim wykrystalizowało się to pojęcie. Nie mamy konkretnej recepty czy miejsca, od którego zaczynamy
komponować. Zwyczajnie szukamy elementu, który może nas zainspirować, a potem budujemy na nim resztę.
Nigdy! Po wydaniu albumu z remiksami materiału z "Waltz for Koop" zgłosiło się do nas tylu artystów, że przez rok nie robiliśmy nic poza remiksami. Kosztowało to nas tyle
pracy, wyrzeczeń i skrajnych emocji, że nie sądzę, żebyśmy mieli ochotę zrobić jakikolwiek remiks w najbliższym czasie.
Cóż, chyba masz rację. Ja też wyczuwam pewien trudny do opisania rodzaj wrażliwości, jaki nas łączy. Myślę, że to ma związek z poszukiwaniem miłości, jakkolwiek banalnie to nie zabrzmi.
Widzisz, Szwedzi to dość zamożny naród i raczej nie możemy narzekać na komfort życia, ale nieszczęśliwych osób jest tu tyle samo, ile w innych miejscach Europy. A my staramy się szukać
tego szczęścia, którego nie znajdziesz w ciągłej pogodni za wygodą. Zresztą bardzo podobną melancholię słyszę w muzyce z waszego regionu - choć nie wiem, czy wyrasta ona na tym samym
podłożu.
Nie bawimy się w duże składy, bo zwyczajnie zbyt wiele to kosztuje. Na koncercie w Polsce wystąpimy w klasycznym składzie z bębnami i basem poszerzonymi o wibrafon, marimbę, puzon i genialną
śpiewaczkę Hilde Louise nazywaną w naszych stronach "norweską Marilyn Monroe". Będziemy grać głównie numery z ostatniego albumu "Koop Island", ale pojawi
się też kilka nowych rzeczy, m.in. utwór "Strange Love", który do tej pory wydany był tylko w USA.
Koop,
Free Form Festival,
17.10, Fabryka Trzciny, Warszawa