: (śmiech) Nie, nie wysyłamy naszym fanom żadnych zakodowanych informacji w tytułach płyt. To zdanie odnosi się do mojego osobistego
doświadczenia. Kilka miesięcy temu znalazłem się w grupie ludzi, którzy świetnie się razem bawili i śpiewali różne piosenki. A ja jakoś nie mogłem się w tym wszystkim odnaleźć. I
zacząłem się zastanawiać nad tym, jak wyglądałoby nasze życie, gdybyśmy rzeczywiście byli bardziej niezależni, nie starali się ciągle dopasowywać do innych.
Wiesz, album powstawał właśnie w tym gorącym okresie, więc trudno było nam pozostać obojętnymi. Jesteśmy częścią tego narodu, więc też braliśmy udział w protestach. Wyszliśmy na
ulicę, krzyczeliśmy i hałasowaliśmy – to było niesamowite doświadczenie. Wbrew pozorom dla nas muzyka nie jest ucieczką przed rzeczywistością, ale wyrazem pewnego idealnego obrazu
świata. Chcemy powiedzieć ludziom, że jeśli żylibyśmy w bardziej otwartym społeczeństwie, to moglibyśmy dostrzec dla siebie więcej możliwości działania niż te, które daje nam rząd czy
narzucają realia ekonomiczne.
Nie, bo jesteśmy artystami i ciągle narzekamy na brak pieniędzy. Nas kryzys ekonomiczny nie dotyczy, bo my ciągle na niego cierpimy (śmiech).
Tak, ale bardziej chodziło nam o przygodę niż o oszczędności. Zostaliśmy zaproszeni tam na festiwal, który odbywał się w pięknej okolicy, pośród jezior. Znajomy powiedział nam, że
niedaleko znajduje się piękny dom, chyba z XIV wieku, i koniecznie powinniśmy go zobaczyć. Na miejscu okazało się, że rzeczywiście jest wspaniały i chcieliśmy spędzić w nim kilka dni.
Organizatorzy festiwalu wynajęli go dla nas za darmo na tydzień, pomogli zorganizować sprzęt nagraniowy, a nawet lokalny chór. Klimat tamtych sesji słychać m.in. w „The Last Shapes
of Never” – to najsmutniejszy utwór na płycie.
Nasze piosenki zawsze odzwierciedlają uczucia, a akurat tych ponurych i depresyjnych nazbierało się w ostatnim czasie dużo. Z takiego poczucia smutku i tęsknoty za przeszłością zrodziło się
na przykład „Prophecies & Reversed Memories”, a „The Smell of Today Is Sweet Like Breastmilk in the Wind” oddaje naszą wizję końca świata. Ale
też pojawia się bardzo pozytywne „Sing Along”, chyba najbardziej popowa piosenka w naszym dorobku. czy kołysanka „Ladies of the New Century” z nadzieją na
lepsze jutro.
Nasza muzyka nigdy nie rozwijała się linearnie – raczej podążała tam i z powrotem, do góry i w dół – zataczała krąg. Pod względem nastroju wydaje mi się, że ten album
przypomina „Summer Make Good”, który był bez wątpienia naszą najsmutniejszą płytą. Natomiast pod względem prostoty i energii czuliśmy się jak w czasach debiutu
„Yesterday Was Dramatic – Today Is OK".
Patrząc po koncertach, to nie możemy narzekać na zainteresowanie publiczności. Z każdą kolejną trasą nie tylko widzimy wierne grono fanów, ale cały czas przybywa nowych ludzi, którzy
szukają ciekawej i zaskakującej muzyki. Dlatego uważam, że nie byliśmy nigdy wytworem żadnej tymczasowej mody. Co najwyżej te zmiany koniunktury boleśnie odczuł nasz wydawca Fat Cat, który
znów stał się małą niezależną wytwórnią i wydaje głównie rocka. A w Morr Music zawsze mamy drzwi otwarte, bo jesteśmy dobrymi przyjaciółmi.
Hm, w ogóle jeszcze nie zastanawialiśmy się nad świętowaniem naszego jubileuszu. Ruszamy na razie w półroczną trasę po Europie i Stanach – będziemy grali głównie nowe piosenki,
bo są proste i idealnie nadają się do wykonywania na żywo. A w przyszłym roku pomyślimy, co dalej robić…